Życie jest podróżą. Life is a journey.

Nasze codzienne decyzje wyznajczają miejsce, do którego dotrzemy. Everyday decisions lead us towards our destination.

Pages

wtorek, 30 marca 2010

27 stycznia 2010 część druga



Zaczęła mnie męczyć ta saszetka na dokumenty, którą nosi się pod ubraniem, aby przypadkiem ktoś jej nie ukradł. Zdjęłam ją więc i włożyłam do torby. Klapeczki na białe stopy i na miasto rozejrzeć się co tu można porobić dzisiaj i jutro do 18.00 do odjazdu pociągu. Opaleni turyści w skąpych strojach byli rzeczywiście przeciwieństwem tajlandczyków, a szczególnie Tajek, które chowały się przed słońcem pod parasolkami. Tutejsi uczniowie, tak jak w Turcji, do szkoły noszą mundurki. Bardzo mi się one podobały - dziewczynki w białych koszulkach z krótkimi lub do łokci rękawami, w granatowych spódniczkach z paskiem, w białych skarpeteczkach i ślicznych czarnych bucikach.



No i znowu plaga komarów - trąbią, wołają lub zatrzymują. Koszmar komarzysty. W Stambule jeszcze wtapiałam się w tło, ale tutaj nie ma szans, jestem bardzo inna, gdyż z blond włosami i białym ciałem zupełnie nie wyglądam jak Tajka. Przypominają mi się opowiadania Rebeki, amerykanskiej znajomej wychowywanej w Koreii. Mówiła, że razem z bratem czuła się inna, a ludzie bardzo się na nich gapili. Niektórzy nawet zatrzymywali się, aby pokazac dzieciom jak wygląda biały człowiek. Z przyzwyczajenia staram się unikać kontaktu wzrokowego i iść przed siebie, aby ukryć zagubienie. Było to bardzo trudne, bo w tym nowym miejscu nie miałam pojęcia gdzie iść. Próbowałam zapytać się kilku przechodniów o coś, ale ich znajomość angielskiego nie pozwalała na żadną komunikację. Nawet jeżeli ktoś mnie zrozumiał i zaczął odpowiadać, to ich wymowa uniemożliwiała jakiekolwiek zrozumienie. Więc bez różnicy było czy mówili po tajsku czy po angielsku, jedno i drugie tak samo brzmiało. W skrócie wyglądało to tak: pytanie, odpowiedź a następnie podziękowania z mojej strony, za chęć pomocy, mimo że nie rozumiałam co powiedzieli. Wszelkie prośby o powtórzenie raczej nic nie dały, bo słyszało się nadal niezrozumiałe dzwięki tajskie lub chińskie.


Kolejna rzecz ogólnie spotykana (przynajmniej w moim przypadku) to ankieterzy turystów. Wydaje się, że tutejsi nauczyciele angielskiego za pracę domową uwielbiają zlecać ankietę z obcokrajowcami. Ponieważ nie było chyba innej osoby z wolna się poruszającej, bo jeszcze osłabionej po podróży, i wyglądającej na turystkę, grupki dziewcząt ciągnęły do mnie. Każde moje słowo nagrywały na dyktafon. Pytały dumnie jak mi się podoba Tajlandia i co myślę o ich przepięknej religii. Kiedy dowiedziały się, że jestem nauczycielką bardzo ich to ucieszyło i wszystkie jak jeden mąż się ukłoniły składając ręcę w tradycyjny sposób, aby okazać szacunek.


Następnym szokiem było dla mnie zobaczenie tych wielkich złotych posągów Buddy. Wydało mi się to ogromnie smutne, że ludzie przed nimi klękali i modlili się do nich. Nie mogłam zrozumieć jak można modlić się do czegoś zrobionego rękoma ludzkimi, co nie może w żaden sposób odpowiedzieć. Ten obraz braku nadzieji, a jednocześnie dumy sprawił, że uroniłam kilka łez.
Trzeba przyznać, że świątynie są wielkie, urządzone z przepychem, ale mi wystarczyło, że zobaczyłam jedną z nich. Następnie nie miałam już ochoty oglądać innych złotych posążków... Postanowiłam zobaczyć coś innego, może bardziej związanego z kulturą.


Odczuwałam wielką ciemność, myślałam o ogromie przesądów w postaci domków rzekomo odstraszających złe duchy. Kolejne odczucia to bezsilność, a wręcz nienawiść do tego miejsca. Nie wiem czy to był skutek zmęczenia, czy po prostu duchowa atmosfera Bangkoku.


Kurs łódką na drugą stronę kanału był przyjemny. Nie dałam się naciągnąć na indywidualny rejs po wszystkich kanałach z naganiającym panem. Tajlandczycy ogólnie wydają się nieśmiali i trudno z nimi nawiązać kontakt, oczywiście za wyjątkiem komarów. I tak oto udało mi się znaleźć zajęcie bardzo przyjemne - wydawanie pieniędzy i próbowanie nowych rzeczy. Warto wspomnieć, że pogoda też była super.




Aby kupić coś nowego do zjedzenia wykorzystywałam następującą metodę. Obserwowałam ludzi, co kupują, podchodziłam, patrzyłam, jak sprzedawczyni to pakowała, ile kosztował no i najważniejsze jak sie je, piję itd. Większość z tych rzeczy widziałam po raz pierwszy w życiu i nie miałam pojęcia co to. Ale za to jaka zabawa... Jak już kogoś podpatrzyłam, to tylko szybko sprzedawcom musiałam pokazać palcem, że chcę to samo. Na pierwszy rzut kupiłam wodę kokosową tzn coś wielkości obranego ze skóry małego arbuza w jednej częśći z wyciętą na górze pokrywką oraz słomką w środku. Smak bardzo sympatyczny no i świetny na upalne dni.


Kilka osób, które poznałam dziwiło się, że jestem tu sama i myśleli, że jestem bardzo odważna, że tak daleko sama wyruszyłam. Szczerze mówiąc, ja też zaczęłam się dziwić, co mnie tu przyciągnęło. Nawet myślałam o kompletnej zmianie planów zwiedzania, tzn odpuszczenie sobie różnych miejsc i tylko spędzanie czasu w hotelu i na plaży z dobrym jedzeniem. Nawet przez myśl przeszedł mi Serdar, jako jedyny znajomy w Bagkoku. Ale z nim na plaży.... raczej nie, dziękuję.


I w taki oto sposób w półtorej godziny zobaczyłam, co jest do zobaczenia w Bangkoku. Wielka porażka. Wracając do hostelu z odciskiem na stopie (bo na codzień zamiast klapeczek noszę kozaki) myślałam, że jedynym dla mnie ratunkiem to przefarbowanie włosów na czarno i opalenizna. Nie wiedziałam jednak co zrobić z oczami, aby wyglądać bardziej tajsko...


Może to uwolniło by mnie od nagabywaczy tj komarów. Łapiąc się na tych myślach, stwierdziłam, że lepiej pójść i odpocząć, bo już zaczynałam majaczyć. Godzina była dopiero 18.00, jeszcze tylko mały skok na internet, aby zawiadomić świat, że żyję i o 19.00 do łóżeczka. Plan: przespać całą noc, najlepiej aż do 11.00, bo przecież tu nie ma co robić.

piątek, 26 marca 2010

27 stycznia 2010

Wczoraj byłam tak zmęczona podróżą i zawiedziona tym co zastałam w Bangkoku, że nawet nie chciało mi się nic pisać. Wszystko na szczęście zakończyło się pomyślnie.


Na lotnisku Suvarnabhumi uzyskałam bezpłatną dla turystów wizę (on arrival). Wszystko jednak bardzo długo trwało i czułam się bardzo lekceważona, wręcz jak bym była zwierzęciem. Po odprawie celnej - małe przepakowanie, plecak na plecy i poszukiwanie autobusu na dworzec kolejowy. Chciałam się zaopatrzyć tam w bilet kolejowy na północ Tajlandii. Nie wiem jak to było w rzeczywistości, ale wydawało mi się, że wszystko się dłuży. Możliwe, że po prostu byłam wycieńczona.


Na mapie wszystko tak łatwo wyglądało. Po przyjeździe na dworzec udałam się do kas i bez problemu kupiłam bilet na pociąg do CHIANG MAI, co prawda jedyne wolne miejsca były w pierwszej klasie z pełną klimatyzacją. Przygotowałam również aparat fotograficzny, aby zacząć robić zdjęcia. Wyszłam na ulicę i zaczęłam uciekać od naganiaczy, których było pełno. Pytali się gdzie idę i czego potrzebuję. Nic od nich nie chciałam, myślalam że w pobliżu dworca sama znajdę jakiś pokój lub schronisko. Próbowałam coś odczytać z mapy, aby nie baczyć na przeogromny zgiełk i takie same korki.


Jak tylko spostrzegłam obcokrajowców mówiących po angielsku zapytałam się ich jak dotrzeć do China Town, czyli chińskiej dzielnicy, bo myślałam, że tam łatwo znajdę sobie nocleg. Zaczęłam oddalać się od dworca, ale przede mna pustkowie. Upał wielki, ale Ania nie martwi się, tylko odgania co i raz zatrzymujących się taksówkarzy i KOMARY tzn kierowców tak zwanych TUK TUKÓW.


Jeden z bardziej zdeterminowanych kierowców zaparkował nawet swój pojazd na środku ulicy i podszedł do mnie. Proponował, że mnie za grosze zawiezie gdzieś i nawet mi nocleg znajdzie. Ja jednak 'przezorna' odmawiam, bo nie chcę się znaleźć w sytuacji, że będe na niego zdana. W końcu dobrze znam naciągaczy, choćby z Turcji.


Patrze na prawo i na lewo, widzę jakiś kanał a okolica wygląda jak zaplecze straganów na byłym stadionie dziesięciolecia. Co się rzuca w oczy to wielka nędza: ludzie na wpół porozbierani leżą na pudłach lub na ziemi. Co i raz mijam jakieś kotły, a w nich sosy wydające zapachy podobne do tych co w budkach wietnamczyków. Jedna wielka porażka, a plecak wydaje się coraz cięższy.
Prawie, że załamuję się, blisko mi do placzu.


Zaczynam sie zastanawiać, czy miałam tak wielkie przejścia z zakupem biletu samolotowego i przeleciałam tyle tysięcy kilometrów, aby zobaczyć to co widzę... Zetknęłam się z rzeczywistością ludzi żyjących na skraju biedoty i po raz kolejny jestem wdzięczna za pracę i miłe mieszkanko. No cóż, myśląc że zdjęć raczej nie będzie, schowałam aparat do plecaka, chciało mi się płakać. Nie wiedziałam gdzie idę byłam zmęczona i nie wiedziałam, co zrobić.


Skręciłam w jakąś ulicę po prawej stronie i natknęłam się na Joe z Nowej Zelandii. To chyba nie przypadek, bo jakie są szanse, że w takiej sytuacji spotkałam na ulicy znaną mi twarz. Joe poznałam w autobusie z lotniska, gdzie rozmawialiśmy trochę o Tajlandii i podróżowaniu. Był on dla mnie jak aniołem z nieba. Zaproponował, żebyśmy wzięli taksówkę i pojechali do dzielnicy a właściwie ulicy turystów KHAO SAN ROAD. Nie ważne dokąd, ja tylko chciałam się stąd wydostać. Kolejne wyzwanie, to jak postępować z tajskimi taksówkarzami. Zanim zobaczyliśmy jakikolwiek żółty samochód na horyzoncie zaczępił nas tuktukowicz i chcial 100 baht, bo mówił, że to daleko - co nie było prawdą według Joe'go. Padła następna propozycja, zawiedzie nas za 65 baht, ale po drodze odwiedzimy jakis sklep. Tego na pewno nie chcieliśmy.

Udało sie nam a tak na prawde Joe'mu zatrzymać taksówkę, i wsiedliśmy do tego klimatyzowanego pojazdu. Wydało się to takie łatwe, złapać i wsiąść do taksówki, ale dla Ani przyzwyczajonej do robienia wszystkiego samemu i po swojemu było to ponad siły.


Odetchnęłam. Mimo że Joe był raczej nieśmiały, miło toczyła się nam rozmowa. Cena wyniosła 70 baht i ogarnęła mnie radość, że znalazłam się na ulicy pełnej ludzi takich jak ja, z calego świata z plecakami w Tajlandii. Oczywiście naganiacze też byli, ale oprócz nich dużo restauracji, sklepów z pamiątkami i innymi rzeczami, knajpek, kafejek oraz klubów (co później okaże sie moim kolejnym koszmarem). Odetchnęłam, mimo że to od czego za zwyczaj stronię tzn to miejsce turystyczne było wytchnieniem od tego brudu, brzydoty i ogólnej depresji.


Podziękowałam Joe'mu i udałam się w poszukiwania noclegu. Już wcześniej zapisałam sobie z internetu adres jednego z hostelów, okazało się, że nie mieli wolnych miejsc. Obojętne mi było czy będę dzielić pokój z innymi dziewczynami, czy też nie - ogólnie szukałam czegoś niskobudżetowego.


W końcu w hostelu MOM'S PLACE czyli w polskim tłumaczeniu "U MAMY" znalazłam pokój jednoosobowy za 250 baht. W pokoju czuć było trochę zapach farby, ale ogólnie było czysto. Nawet trzeba było zdejmować buty aby wejść do środka i do recepcji.


Więc już tylko pod prysznic, małe przepakowanie, przepierka i na miasto, aby zobaczyć to, o czym marzyłam. Będąc na miejscu myślałam również, jak zaplanować resztę pobytu.

Photo of Mom Guesthouse, 98 Khao San Rd, Bangkok. , Khao San Road

Starałam się nie zważać na wycieńczenie i brak snu, lecz jak najszybciej przestawić sie na tutejszy czas.

środa, 24 marca 2010

26 stycznia 2010

Jestem już na ziemi malejskiej na lotnisku w Kuala Lumpur. Jest ono bardzo nowoczesne a wokół zieleń. W samolocie tak się zdarzyło, że zagadałam się z Turkiem dubajskiego pochodzenia - Serdarem. On leci również do Bangkoku, ale późniejszym samolotem. Tak więc podróż spędziłam gawędząc, trochę przysypiając no i oczywiście kosztując pyszne jedzonko a w szczególności przesmaczne owoce. Na śniadanie pełen zestaw do wyboru makaron Noodles albo omlet z pieczarkami, parówką z kurczaka i zapiekanymi ziemniakami. Do tego mały rogalik typu croissant, jogurt i oczywiście owoce.


Dziesięć godzin w samolocie robi swoje i czuję się jakbym chodziła za mgłą. Z terminalu, na którym wylądowaliśmy przedostaliśmy się aerotrenem czyli pędzącym mini pociągiem na drugą część lotniska. Jest druga godzina czasu tureckiego, a ósma rano czasu malezyjskiego. W Bangkoku dopiero siódma.




Lotnisko jak już wspomniałam nowoczesne i bardzo międzynarodowe. W ogóle Malezja sprawia wrażenie kraju bardzo zróżnicowanego etnicznie i kulturowo. Pasażerowie, dla których Kuala Lumpur jest miastem docelowym, muszą przejść przez badania skanerem, czy aby nie są zakażeni świńską grypą. W sklepach bezcłowych można znaleźć produkty z całego świata. Przechadzając sie po butikach moją uwagę przyciągnęły odrażające zdjęcia umierających albo nienarodzonych niemowląt albo pokryte kadzią organy wewnętrzne. Zdjęcia te umieszczane są na kartonach papierosów i mają odstraszyć potencjalnyc palaczy. Odstraszyły jedynie mnie...spojrzalam w górę- a tam zabłysnął piękny szyld THE LUXURY OF THE WORLD (LUKSUS ŚWIATA). Trochę jedno do drugiego sie ma jak piernik do wiatraka, ale tak już na naszym świecie jest, że wystarczy pięknie zapakować kłamstwo a staje się ono marzeniem.




Rozstałam się z Serdarem, oczywiście nie obaczył zostawić mi swojego numeru telefonu, jakbym czegoś potrzebowała lub miała ochotę zadzwonić. Ja podziękowałam uprzejmie, jak zwykle.



Moje pierwsze wrażenia dotyczące ludzi:

Już w samolocie Malezyjki wydawały się aroganckie. W zderzeniu z tą sytuacją sama nawet w sobie zaobserwowałam aroganckie szukanie własnej wygody. Ludzie raczej się nie uśmiechają, mają na sobie konserwatywne ubrania. Niektóre panie w sari odsłaniającym plecy. Nie wiem jak to wygląda u młodszych kobiet, bo ja miałam nieprzyjemność widzieć otyłe starsze kobiety w tym stroju. Jeden z pasażerów najechał na mój wózek swoją walizką i po prostu stanął przede mną nawet na mnie nie patrząc. Zabrakło mi tego 5 literowego słówka - SORRY. No ale cóż... zaczęłam się zastanawiać czym można to zachowanie wytłumaczyć, czy dlatego, że jestem młodsza od niego, czy że niezamężna czy że nie mam dzieci, czy gorzej ubrana.

Teraz zastanawiam się, czy ludzie po prostu są nerwowi w samolotach a w pośpiechu na lotniskach i dlatego ich zachowania w wyżej wymienionych miejscach mogą odbiegać od normalności.


Mam nadzieję, że sobie trochę odpocznę w samolocie do Bangkoku. Przed odlotem nie trudno nie zauważyć pewnych Rosjan, a szczególnie jednego otyłego pana cały czas oglądającego się za dziewczynami. Poza tym sporo koczujących młodych białych podróżników. Jak mało wiedziałam, że i mi przyjdzie koczować na lotnisku pilnując aby mi nikt nie zabrał wózka, ale to później.



Teraz jestem w samolocie i podziwiam bardzo ciekawy ubiór i fryzury stewardess malezyjskich linii lotniczych. Stroje bardzo kobiece i do tego piękne orientalne koczki. Za chwilę degustuję pyszne owoce morza w sosie curry, z ryżem i jajkiem podanym na lisciu bambusowym. Decyduję się na kawę, aby trochę się obudzić i na mój nowy ulubiony sok PINK GUAVA, czyli sok z guawy. Właśnie wypełniłam wniosek wizowy i może uda mi się zamknąć oczka choć na chwilkę. Po tej uczcie zamykają się one same



25 stycznia 2010





Jestem już na lotnisku. Ostatnie trzy dni w Stambule to wielkie jak na to miasto opady śniegu. Ubrana w sportową odzież, przygotowaną i wybraną z wielką dokładnością, czekam na przygodę. Czuję się dziwnie, gdyż zwykle kolorystycznie dopasowywuję swoją garderobę i dodatki. Teraz jednak mam na sobie białe adidasy, niebieską spódnicę i sweter oraz żółto czarną torbę. Jest zabawnie. Zawartość plecaka turystycznego (co również jest rzeczą dziwną, bo zwylke używam walizki na kółkach) oddanego przy odprawie ważyła jedynie około 6 kilo. Przede mną 10 godzinny lot malezyjskimi liniami lotniczymi do Kuala Lumpur, a następnie 2 godzinny lot do Bangkoku. Starałam się zaplanować ten 10-dniowy pobyt jak najlepiej, ale chyba wiele rzeczy wyjaśni się na miejscu. Mam również nadzieję, że zmiana klimatu pomorze mi przestać kaszleć.



Ludzie w samolocie, podobnie jak mieszkanka wedlowska, są mieszanką kultur i kolorów. Troche europejczyków lub amerykanów ale większość to pasażerowie o wybitnych rysach azjatyckich posługujący się dla mnie zupełnie nie zrozumiałym językiem. Zastanawiam się, czy większość z nich dostanie na pokładzie ich ulubioną zupkę chińską...i tym samym łapię się na tym stereotypie. Rozmowy toczą się dość głośno. Myślę, że chciałabym się nauczyć rozpoznawać po rysach twarzy, z jakiego azjatyckiego kraju pochodzą ich właściciele. Słyszałam, że im ciężko nas też odróżnić.