Wczoraj byłam tak zmęczona podróżą i zawiedziona tym co zastałam w Bangkoku, że nawet nie chciało mi się nic pisać. Wszystko na szczęście zakończyło się pomyślnie.

Na lotnisku Suvarnabhumi uzyskałam bezpłatną dla turystów wizę (on arrival). Wszystko jednak bardzo długo trwało i czułam się bardzo lekceważona, wręcz jak bym była zwierzęciem. Po odprawie celnej - małe przepakowanie, plecak na plecy i poszukiwanie autobusu na dworzec kolejowy. Chciałam się zaopatrzyć tam w bilet kolejowy na północ Tajlandii. Nie wiem jak to było w rzeczywistości, ale wydawało mi się, że wszystko się dłuży. Możliwe, że po prostu byłam wycieńczona.

Na mapie wszystko tak łatwo wyglądało. Po przyjeździe na dworzec udałam się do kas i bez problemu kupiłam bilet na pociąg do CHIANG MAI, co prawda jedyne wolne miejsca były w pierwszej klasie z pełną klimatyzacją. Przygotowałam również aparat fotograficzny, aby zacząć robić zdjęcia. Wyszłam na ulicę i zaczęłam uciekać od naganiaczy, których było pełno. Pytali się gdzie idę i czego potrzebuję. Nic od nich nie chciałam, myślalam że w pobliżu dworca sama znajdę jakiś pokój lub schronisko. Próbowałam coś odczytać z mapy, aby nie baczyć na przeogromny zgiełk i takie same korki.

Jak tylko spostrzegłam obcokrajowców mówiących po angielsku zapytałam się ich jak dotrzeć do China Town, czyli chińskiej dzielnicy, bo myślałam, że tam łatwo znajdę sobie nocleg. Zaczęłam oddalać się od dworca, ale przede mna pustkowie. Upał wielki, ale Ania nie martwi się, tylko odgania co i raz zatrzymujących się taksówkarzy i KOMARY tzn kierowców tak zwanych TUK TUKÓW.

Jeden z bardziej zdeterminowanych kierowców zaparkował nawet swój pojazd na środku ulicy i podszedł do mnie. Proponował, że mnie za grosze zawiezie gdzieś i nawet mi nocleg znajdzie. Ja jednak 'przezorna' odmawiam, bo nie chcę się znaleźć w sytuacji, że będe na niego zdana. W końcu dobrze znam naciągaczy, choćby z Turcji.

Patrze na prawo i na lewo, widzę jakiś kanał a okolica wygląda jak zaplecze straganów na byłym stadionie dziesięciolecia. Co się rzuca w oczy to wielka nędza: ludzie na wpół porozbierani leżą na pudłach lub na ziemi. Co i raz mijam jakieś kotły, a w nich sosy wydające zapachy podobne do tych co w budkach wietnamczyków. Jedna wielka porażka, a plecak wydaje się coraz cięższy.
Prawie, że załamuję się, blisko mi do placzu.

Zaczynam sie zastanawiać, czy miałam tak wielkie przejścia z zakupem biletu samolotowego i przeleciałam tyle tysięcy kilometrów, aby zobaczyć to co widzę... Zetknęłam się z rzeczywistością ludzi żyjących na skraju biedoty i po raz kolejny jestem wdzięczna za pracę i miłe mieszkanko. No cóż, myśląc że zdjęć raczej nie będzie, schowałam aparat do plecaka, chciało mi się płakać. Nie wiedziałam gdzie idę byłam zmęczona i nie wiedziałam, co zrobić.

Skręciłam w jakąś ulicę po prawej stronie i natknęłam się na Joe z Nowej Zelandii. To chyba nie przypadek, bo jakie są szanse, że w takiej sytuacji spotkałam na ulicy znaną mi twarz. Joe poznałam w autobusie z lotniska, gdzie rozmawialiśmy trochę o Tajlandii i podróżowaniu. Był on dla mnie jak aniołem z nieba. Zaproponował, żebyśmy wzięli taksówkę i pojechali do dzielnicy a właściwie ulicy turystów KHAO SAN ROAD. Nie ważne dokąd, ja tylko chciałam się stąd wydostać. Kolejne wyzwanie, to jak postępować z tajskimi taksówkarzami. Zanim zobaczyliśmy jakikolwiek żółty samochód na horyzoncie zaczępił nas tuktukowicz i chcial 100 baht, bo mówił, że to daleko - co nie było prawdą według Joe'go. Padła następna propozycja, zawiedzie nas za 65 baht, ale po drodze odwiedzimy jakis sklep. Tego na pewno nie chcieliśmy.
Udało sie nam a tak na prawde Joe'mu zatrzymać taksówkę, i wsiedliśmy do tego klimatyzowanego pojazdu. Wydało się to takie łatwe, złapać i wsiąść do taksówki, ale dla Ani przyzwyczajonej do robienia wszystkiego samemu i po swojemu było to ponad siły.
Odetchnęłam. Mimo że Joe był raczej nieśmiały, miło toczyła się nam rozmowa. Cena wyniosła 70 baht i ogarnęła mnie radość, że znalazłam się na ulicy pełnej ludzi takich jak ja, z calego świata z plecakami w Tajlandii. Oczywiście naganiacze też byli, ale oprócz nich dużo restauracji, sklepów z pamiątkami i innymi rzeczami, knajpek, kafejek oraz klubów (co później okaże sie moim kolejnym koszmarem). Odetchnęłam, mimo że to od czego za zwyczaj stronię tzn to miejsce turystyczne było wytchnieniem od tego brudu, brzydoty i ogólnej depresji.

Podziękowałam Joe'mu i udałam się w poszukiwania noclegu. Już wcześniej zapisałam sobie z internetu adres jednego z hostelów, okazało się, że nie mieli wolnych miejsc. Obojętne mi było czy będę dzielić pokój z innymi dziewczynami, czy też nie - ogólnie szukałam czegoś niskobudżetowego.

W końcu w hostelu MOM'S PLACE czyli w polskim tłumaczeniu "U MAMY" znalazłam pokój jednoosobowy za 250 baht. W pokoju czuć było trochę zapach farby, ale ogólnie było czysto. Nawet trzeba było zdejmować buty aby wejść do środka i do recepcji.
Więc już tylko pod prysznic, małe przepakowanie, przepierka i na miasto, aby zobaczyć to, o czym marzyłam. Będąc na miejscu myślałam również, jak zaplanować resztę pobytu.

Starałam się nie zważać na wycieńczenie i brak snu, lecz jak najszybciej przestawić sie na tutejszy czas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz