Jestem już na lotnisku. Ostatnie trzy dni w Stambule to wielkie jak na to miasto opady śniegu. Ubrana w sportową odzież, przygotowaną i wybraną z wielką dokładnością, czekam na przygodę. Czuję się dziwnie, gdyż zwykle kolorystycznie dopasowywuję swoją garderobę i dodatki. Teraz jednak mam na sobie białe adidasy, niebieską spódnicę i sweter oraz żółto czarną torbę. Jest zabawnie. Zawartość plecaka turystycznego (co również jest rzeczą dziwną, bo zwylke używam walizki na kółkach) oddanego przy odprawie ważyła jedynie około 6 kilo. Przede mną 10 godzinny lot malezyjskimi liniami lotniczymi do Kuala Lumpur, a następnie 2 godzinny lot do Bangkoku. Starałam się zaplanować ten 10-dniowy pobyt jak najlepiej, ale chyba wiele rzeczy wyjaśni się na miejscu. Mam również nadzieję, że zmiana klimatu pomorze mi przestać kaszleć.
Ludzie w samolocie, podobnie jak mieszkanka wedlowska, są mieszanką kultur i kolorów. Troche europejczyków lub amerykanów ale większość to pasażerowie o wybitnych rysach azjatyckich posługujący się dla mnie zupełnie nie zrozumiałym językiem. Zastanawiam się, czy większość z nich dostanie na pokładzie ich ulubioną zupkę chińską...i tym samym łapię się na tym stereotypie. Rozmowy toczą się dość głośno. Myślę, że chciałabym się nauczyć rozpoznawać po rysach twarzy, z jakiego azjatyckiego kraju pochodzą ich właściciele. Słyszałam, że im ciężko nas też odróżnić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz