Życie jest podróżą. Life is a journey.

Nasze codzienne decyzje wyznajczają miejsce, do którego dotrzemy. Everyday decisions lead us towards our destination.

Pages

niedziela, 22 grudnia 2013

The Gambia

Dawno mnie tu już nie było, bo chyba na dobre zadomowiłam się w mojej Warszawie a podczas podróży w zeszłym roku byłam zwykle bardziej nastawiona na odpoczynek niż na poznawanie nowych kultur, ludzi, języków itp poza obiektami hotelowymi...

Teraz trafił mi się jednak wyjazd, który sam z siebie nie stwarza dużo możliwości pozostawania w hotelu, gdyż dzika natura obecna na zewnątrz kilkugwiazdkowych hoteli zbyt mnie interesuje a wręcz intryguje, aby jej nie odkryć, choć w małym stopniu.
Jestem w kraju, który po angielsku nazywa sie The Gambia, brzmi to wręcz dostojnie, jak Gambia Wielka. Jest to najmniejszy kraj w Afryce, położony na Zachodzie wzdłuż rzeki Gambia. Otacza go Senegal.
Wylądowaliśmy na lotnisku w Banjul, czyli stolicy kraju. Zaskoczyła mnie dość imponująca flota kilku (3 na ziemi) samolotów narodowych przewoźników gambijskich. Następnie czekaliśmy około 45 minut na busa do hotelu, nauczona doświadczeniem jordańskim, aby sie nie przejmować, nie marudzic ani też niczego nie próbować pośpieszać, czekałam grzecznie nic nie mówiąc:) W tym czasie podchodzili do nas mężczyźni koloru hebanu i  coś próbowali zagadać, szczególnie z moją przyjaciółką, która była z nami. Każdy z nich 'aplikował o pracę', tzn próbował sobie znaleźć coś, za co mógłby zarobić kilka groszy: tu pokaże jakieś miejsce, tu poszuka busa, tu przeniesie bagaż, choćby z jednego miejsca na drugie, a potem z powrotem. Z drugiej jednak strony mówili, że to jedynie gambijska gościnność. Podróz z lotniska do hotelu pozwala zwykle w małym stopniu zweryfikować nasze oczekiwania co do tego jak ten daleki kraj będzie wyglądał a jak na prawdę wygląda. Czesto nie mamy bladego pojęcia, jak wygląda Afryka. Lotnisko było całkiem przyjemne i reprezentacyjne, droga wydała się pokazać prostotę i ulotność tego życia tu, byli ludzie i budki zwykle blaszane z czymś w środku, było życie, coś sie działo, oświetlona droga główna, kilka samochodów na ulicy, nie jest źle, nie było widać ludzi chorych na malarię, umierających dzieci z ogromnymi brzuchami ani obsiadających ludzi much, przynajmniej nie w takim stopniu jaki pokazują to media. Czyżby tu na prawdę wszyscy mieli co jeść???
Panowie na dole w recepcji prawie się pokłócili, którzy mają mi pomóc wnieść bagaż na górę, dostali dolara i byli zadowoleni.
Pokój hotelowy nie różni się wiele od pokoju hotelowego w Europie, za wyjątkiem moskitiery, zawieszonej nad łóżkiem. Pan od bagażu chciał coś pomagać rozłożyć ją, ale myśląc co to za problem zawiesić firankę nad łóżkiem, podziękowałam za jego pomoc i tak o mało co byśmy się nie udusiły pierwszej nocy, no dobrze przesadzam, ale firankę miałyśmy na twarzach i głowach, dopiero następnego dnia poprosiłam sprzątaczkę o pomoc i zobaczyłam, że wcale nie trzeba sie dusić jak jest ona rozłożona jak namiot.





Pierwszy dzień w Gambii to dla mnie obeznanie z nowym koniecznym tu dla białasów rytuałem: SMAROWANIE, smaruję się tu zawsze od rana do wieczora, jak nie mega mocnym mleczkiem przeciwko komarom tropikalnym to balsamem od słońca, wystarczy umyć ręce czy zanurzyć nogi i znowu rytuał się powtarza, nie mówiąc o kąpieli w łazience czy też basenie hotelowym.



wtorek, 1 stycznia 2013

Ciekawego Nowego Roku 2013!

Kiedy już ta wyjątkowa dla wielu ludzi noc jest za nami, właśnie zaczęliśmy nowy rok 2013. Zastanawiałam się, czy mieliście już taki czas zadumy nad tym co wydarzyło się w poprzednim roku, czego się nauczyliście, doświadczyliście, jakie plany zrealizowaliście itp. Ja troszeczkę myślałam, ale dopiero kiedy tak przysiadłam, żeby pomyśleć o celach na 2013 dostrzegłam, jak bogaty był rok 2012 i ile fajnych rzeczy się wydarzyło na różnych płaszczyznach:

1. duchowej
2. rodzinnej
3. rozwój osobisty
4. zdrowie fizyczne/ rekreacja/ hobby
5. finanse
6. kariera/ praca
7. społecznej
8. towarzyskiej/relacje

Fajnie też było zastanowić się co bym chciała robić w tych nadchodzących miesiącach, jak realizować swoje marzenia oraz rzeczy, które gdzieś zostały włożone przez Boga do mojego serca. Pytać się dalej Jego, samej siebie i innych, aby określić jakieś konkretne cele.

"Wołaj do mnie, a odpowiem ci i oznajmię ci rzeczy wielkie i niedostępne o których nie wiesz! "/Jer. 33:3/

Mimo, że takie pytania zadaję dość regularnie, to ciekawie było zacząć spisywać te cele w nowym zeszycie, zostawiając miejsce na dopiski, aby powrócić do tych notatek za jakiś czas i zobaczyć jak to wyszło, nie wyszło, dlaczego zmieniło się itp. no i oczywiście świętować osiągnięcie celu, najlepiej z innymi:) Ciekawym doświadczeniem było również dzielenie się myślami i opowiadaniem sobie nawzajem o naszych celach. I tak właśnie czuję, że moje życie nabiera smaku, jest ciekawe, świadome, pełne rozwoju, a motywacja wzrasta i przepełnia mnie engergia (mimo pewnego zmęczenia po nieprzespanej nocy) do życia. Ciekawi mnie również jak te moje plany czy cele zostaną zmodyfikowane, rozszeżone lub zastąpione, kiedy je powierzam Bogu...

Ciekawego Nowego Roku 2013!

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Święta

Obudziłam sie dziś rano i tak brakowało mi świątecznego gwaru, szykowania potraw, wspólnego ubierania choinki, dziecięcego wyczekiwania na prezenty, nakrywania świątecznego stołu. Zastanawiałam się, dla jak wielu osób musi być to trudny czas konfrontowania się, że może niektóre rzeczy w życiu nie do końca ułożyły sie czy układają jakbyśmy chcieli lub sobie wymarzyli. W tym wszystkim byłam tez wdzięczna za dach nad głową, jedzenie i że mogę w spokoju spędzać ten czas, bez żadnego zagrożenia czyhającego w drugim pokoju, kłótni, awantur, przemocy o których się nie mówi... Trudno jest mimo wszystko zaakceptować ten stan swego rodzaju braku, niespełnienia niektórch oczekiwań, że może chcielibyśmy, aby te święta wyglądały troche inaczej, żeby na przykład były bogatsze, bardziej naturalne, spędzone w innej atmosferze, może z innymi ludźmi a może właśnie z rodziną, może w rodzinnym mieście... Pojawia się swego rodzaju pustka. Oczywiście można ją zapełnić stertą prezentów, ciągłą pracą w kuchni i ogólnym nieustannym przygotowywaniem czegoś na wspólny stół, kolejnym kieliszkiem alkoholu, kolejną i kolejną porcją ciasta, głośna i głośniejszą muzyką w słuchawkach i tak dalej... W tym momencie przypomina mi się historia Marii i Marty, dwóch sióstr: "Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona." Czy będę w te święta jak Marta czy Maria, czy będę chciała tego jedynego prezentu od Boga, jakim był Jezus Chrystus, czy będę siadała u Jego nóg i słuchała Jego, czy będę chciała napełnienia pustki i braków Duchem Bożym i może pozwoliła sobie odczuć zależność od Boga czy też pójdę może lepiej znaną mi drogą samowystarczalności i zapełniania pustki 'na własną rękę'? A jak Ty spędzisz te święta?

sobota, 25 sierpnia 2012

Wiara

Obudziłam się dziś rano i znów przyleciały do mnie pytania, te które mnie nurtowały jeszcze wczoraj wieczorem. Czy na prawdę można żyć tak jak się wybrało, w czystości, w uczciwości i w miłości do innych, czy naprawdę można iść tak pod prąd, być tak odmiennym od osób na około, większości z którą się pracuje, spotyka, nie powielać zachowań, z którymi spotykam się na co dzień. Przecież jesteśmy ‘ulepieni z tej samej gliny’... Słyszę: Anka, wyluzuj, Anka, daj spokój, Anka, gdzie ty żyjesz, Anka, przecież tak wszyscy, Aniu, przecież jesteśmy dorośli, Anka, fajnie, ze tak wierzysz, ale życie jest inne, Anka po co sobie utrudniasz, Anka, trzeba zabić sumienie, im wcześniej tym lepiej, Anka, pomyśl jak tu zarobić, żeby się nie narobić, pani Aniu, pani korzysta z życia póki pani jest młoda, pani Aniu, taka fajna dziewczyna powinna mieć kawalera, pani Aneczko trzeba się tu i tam zakręcić, Anka, przecież nikt się nie dowie, Anka, przecież to normalne, Aniu kochana, przecież to 'dobre' A czasami tylko spojrzenie, które to wszystko mówi… Czy można i czy chcę znosić wyśmiewanie, plotki na dłuższą metę? Czy znając swoje słabości i znając w dużej mierze siebie samą mogę powiedzieć, że żyję całkowicie tak, jak chcę, tak aby się podobać Bogu? Czy nawet jak się staram to mogę powiedzieć, czy takie życie jest w ogóle możliwe? Czy to tylko hipokryzja lub utopia? Możecie mnie nazywać kimkolwiek chcecie – hipokrytką lub idealistką, ale ja dziś WIERZĘ, że jest to możliwe dziś żyć inaczej niż większość, wybieram postępować tak, aby się podobać Bogu. Czy wybierając czystość, uczciwość i dobro innych coś tracę? – pewnie tak i dobrze, że wiem z czego rezygnuję, bo cena czasami wydaje się duża. Wierzę jednak też, że dużo zyskuję. Jak do tej pory z doświadczenia wiem, że ucząc się podążać ścieżkami bożymi dużo więcej zyskałam, a to straciłam, z perspektywy czasu wydaje się być niczym ważnym. Ale czy nie oszukuję sama siebie? Przecież wiem, że będę się potykać… Tak, ale wiem też, że potknięcie nie musi prowadzić do upadku, lecz mogę iść dalej. WIERZĘ, że jest to możliwe. WIERZĘ, że Bóg mi pomoże, tak jak wierzę, że zrobił to już wiele razy. Tak więc, po raz kolejny wzywając Jego imienia, wstaję i idę dalej z wiarą w miłość, czystość, uczciwość i wierność i nieważne co świat mi pokazuje, ważne w co wierzę.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Żyć i dać żyć innym...

Ostatnio rozmyślając o moich wszelakich doświadczeniach mieszkania w różnych krajach i kulturach, zaczęłam się zastanawiać kim jestem, z jaką kulturą powinnam lub chciałabym się bardziej identyfikować. Czy można sobie wybrać kulturę, która się mi bardziej podoba, czy też byłaby to zdrada siebie i innej kultury z którą się również po części identyfikuje. Zastanawiałam się czy któraś kultura może być lepsza. Przyszła mi myśl, że jeżeli widziałabym się w szeroko pojętej kulturze bliskiego wschodu, to że nie pasuje mi bycie kobietą, wolałabym być mężczyzną. Śmiejecie się, ale naprawdę chciałabym być mężczyzną, tym który ma prawo samostanowienia i obowiązek ochrony kobiet znajdujących się pod jego opieką. Moje europejskie (tudzież pogańskie) pochodzenie i wychowanie nie pozwoliłoby mi na wcielenie się w rolę uległej i posłusznej we wszystkim kobiety bądź żony. Pewnie tak samo jak moje arabskie koleżanki miałyby wielkie trudności z zaakceptowaniem panujących u nas zwyczajów, na przykład samodzielności, wydaje mi się, że byłoby to nie lada dla nich nowe i wielkie wyzwanie. Ale nie o tym chciałam pisać. Widząc jednak, że szanse na zmianę płci są nikłe :) wpadłam w konsternację. No bo jeżeli uznałabym kulturę Bliskiego Wschodu za lepszą i chciałabym z wyboru w taki sposób żyć, to bym nie mogła, bo bym nie była sobą. Ale czy rzeczywiście jakaś kultura może być lepsza od innej? Czy po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych zachowań, sposobu myślenia i odnajdujemy się wśród tego, jesteśmy przystosowani, umiemy się odnaleźć. Trochę tak jak mieszkanie w kraju którego język rozumiemy, jedynie na większą skalę. Czy mam prawo twierdzić, że to co mi znane byłoby lepsze dla kogoś innego? Pewnie Wasza pierwsza odpowiedź to NIE. Ale jak tak się zastanowić, to przecież na przykład widząc zakryte kobiety w burkach, czy nie używamy słowa ‘okutane’ opisując je i nie myślimy że są ‘zniewolone’. A one widząc europejskie kobiety nie utożsamiają nas z prostytutkami. A może po prostu warto byłoby porozmawiać i wysłuchać powodów dla których one noszą chusty a my nie. Ale nie o tym chciałam pisać. Wydaje mi się, że często kultura może łączyć się z religią i tu wchodzę na jeszcze bardziej niebezpieczny teren (zaryzykuję trochę dziś). Czy mogę powiedzieć, że moja religia, w to co wierzę jest lepsza od innej. Czy w ogóle mam prawo wybrać sobie nową religię nie zdradzając religii (lub jej braku) w której wyrosłam? Czy wybierając jakąś religię, mogę nadal być sobą? Czy w ogóle religię można wybrać czy się w niej po prostu rodzi, tak jak kraj z którego się pochodzi i w którym się mieszka, a do którego chce się wrócić na starość? Czy grupa ludzi wybierając pewne zasady jednego odłamu religii stanie się homogeniczna, wszyscy będą dążyć do bycia takimi samymi? A co z tymi, którzy są inni lub nie podołają sztywnym zasadom przestrzeganym w ich grupie? W jakim celu czasami dążymy do przynależności do pewnej grupy i przyporządkowania się schematowi, aby następnie zachęcać innych do podążenia tą samą drogą? Czy możemy mieć pewność, że nasza droga jest lepsza od innych. Czy to zuboża czy ubogaca? I tu dochodzę do pojęcia WOLNOŚCI. Zamiast słowa ‘powinnam’ chciałabym używać słowa ‘wybieram’ lub ‘chcę’. Na początku chciałabym dać sobie samej wolność, bycia kim jestem, często nie pasującą ani do jednej kultury ani do innej, ani całkowicie do jednej religii ani do innej. Taką gdzieś po środku. I jeżeli daję sobie wolność to i chcę dawać tę wolność innym, wolność bycia sobą. Jeżeli ja oraz ta druga osoba potrafi uszanować odmienność to możemy się dogadać. Jeżeli ta odmienność nas rani, złości, uderza w nasze wartości to pewnie warto przejść do dialogu i wysłuchać, aby zrozumieć. Zwykle jednak ocena poprzedza takie działania i dlatego nie jest to takie łatwe. Wczoraj na przykład jadąc autobusem w Warszawie zobaczyłam pewnego mężczyznę o ciemniejszej karnacji, który dłubał sobie jakby nigdy nic palcem w zębach na oczach wszystkich oraz rozmawiał w niezrozumiałym dla mnie języku (czytaj po arabsku) przez telefon. Następnie zaczął obrzucać mnie spojrzeniami, które sprawiły że poczułam się bardzo niekomfortowo. Pierwsza myśl, to że potrzebuję chusty, która mnie uchroni przed takimi niewerbalnymi atakami, ale zaraz zaraz, jesteśmy przecież w Warszawie, tu mam prawo chodzić odkryta i żaden pan nie powinien tak się zachowywać, bo uderza to w moją wolność swobodnego poruszania się w mieście (hehehehe). Zdenerwowałam się, odburknęłam coś pod nosem, zrobiłam krzywą minę, ale pan nic sobie z tego nie robiąc powędrował za mną w stronę sklepu a następnie zwrócił uwagę na inną dziewczynę. Sfrustrowana poszłam na zakupy. Wyszłam z założenia, że skoro jesteśmy w Polsce to ten pan powinien przyjąć ‘nasze’ reguły gry. Sama nie wiem. Jeżeli będzie ku temu sposobność to może następnym razem zapytam się skąd pochodzi, dlaczego tak się zachowuje i co zamierza dzięki temu osiągnąć. Pewnie sam nie będzie wiedział. Jeżeli będzie zainteresowany to mogę mu powiedzieć jak ja się czułam kiedy tak się zachowywał, a co zrobi z tą informacją to już jego sprawa. Jak zachowywać się jednak w kontaktach z osobami, które tej wolności nie dają, czy po prostu unikać takich znajomości, czy też próbować jednak coś zakomunikować. Prawdopodobnie prostej odpowiedzi nie ma i każda sytuacja wymaga osobnego rozważenia.

czwartek, 5 stycznia 2012

Fuertaventura y Las Palmas




Las Palmas to stolica Gran Canarii. Nawet po ubiorze mieszkańców widać, że to większe miasto. Przechadzam się uliczkami centrum i przypominają mi one południe Francji, jest styczeń, świeci słonko, niektórzy mężczyźni w garniturach, kobiety w zmysłowy sposób pokazują, że są piękne w strojach zimowych (czyli naszych wiosenno jesiennych). Wystarczy jedynie oddalić się 5 minut od hotelu i znaleźć się na plaży, lub deptaku przy plaży. Tutaj panuje trochę inna atmosfera. Turyści zagraniczni i hiszpańscy lub też mieszkańcy Las Palmas na lunchu rozkoszują się słonkiem i towarzystwem znajomych w nadmorskich kawiarnio-restauracjach. Tuż obok, ci, który lubią aktywnie spędzać czas wolny lub też bardzo dbają o wygląd swojego ciała, biegaja, surfują, spacerują w strojach które tez mogą umożliwić równomierne opalenie ciała. Na plaży z koleji, ci co lubia się wygrzewać i pracowac nad idealna opalenizną. Brzegiem morza przechadzają się od czasu do czasu inne osoby. Bardzo to przyjemne uczucie, kiedy chłodnawa woda muska stopy a temperatura powietrza jest w sam raz, około 22 stopni. Skusiłam się również aby wejść do wody na trochę, klimat jednak był dość bałtycki. Kilka dni później jedanak woda się ocieplila a słonce już nie chowało się za chmurkami. Tak więc kapiel była bardzo orzeźwiająca. Ludzie sa bardzo uprzejmi, pomocni, nie spieszą się, nie próbują sił w zawodach, kto pierwszy przejdzie na zielonym świetle lub wsiądzie do autobusu. Wszystko w swoim czasie.

Nie szokuje tu nikogo widok kobiet opalających się topless lub dziewczyn w mini na ulicach, wręcz nikt nie zwraca uwagi, a przynajmniej tego nie pokazuje. Kiedy doszłam do konca plaży, zobaczyłam wyryty w skale ołtarzyk maryjny i złożone tam kwiaty. Niektórzy zatrzymywali się tam i jakby modlili, na drugim koncu plazy znajdowała się wielka budowla, trudno mi było odgadnąć, czy to kościół, czy to meczet czy muzeum. Okazało się ze to budynek filharmonii.

Plaża bardzo zadbana, ze sztucznym falochronem dla pływających lub tez otwarta dla surferów. Zatrzymałam się na chwilkę, aby poobserwować wyczyny młodych surferów uczących się pod okiem wielu ratowników. I zobaczyłam, ze rzeczywiście jak się zaczyna to nie wystarczy jeden ratownik. Będąc w Wenezuelii, zastanawiałam się czy nie spróbować surfingu, bo windsurfing mi się nie podobał. Widząc co się działo na tej plaży zmieniłam zdanie. Ci śmiałkowie po prostu padali na głowę, ręcę, plecy, fale czynily z nimi co im się rzewnie podobało…wyglądało to okropnie. Z dala widac było jednak tych, którzy już opanowali tę sztukę i lapiąc falę robili z nimi co chcieli. Nie nie nie, to nie dla mnie, zbyt ciężko się nauczyć, lepiej popatrzyć jak inni pięknie surfują.
Kolejną świetną rzeczą były udogodnienia dla osob niepełnosprawnych, świetnie, ze mogą cieszyć się słonkiem i towarzystwem znajomych tak jak i wszycy inni.
Na plazy spotkałam naszych polskich studentów Erasmusa, na plaży a nie w szkole, bo tu tak wyglada trochę studiowanie, na luzie. Mówią, ze tak się nauczyli, że również nie istnieje cos takiego jak rozkład jazdy autobusow, jak przyjedzie to przyjedzie, trzeba po prostu poczekac. Zajęcia akademickie tez zaczynaja się jak się zaczynaja ale dziwnym trafem konczą się prawie zawsze przed czasem. Niby fajnie, ale kilka osob polskiego pochodzenia wspomnialo o marnowaniu czasu, no bo my tacy nieprzyzwyczajeni do zycia dla zycia, tylko gonimy za tym i tym….Wyloty samolotow zaplanowane na wczesne rano zwykle chyba się opóźniają, bo cieżko rano wstać, a poza tym jak samolot ma polecieć to i tak poleci….

Wcześniej słyszałam już o tym, że Hiszpanie późno jadają kolację. Dla mnie, rannego ptaszeka z natury, było to coś niezrozumiałego, bo zwykle głodna już jestem na kilka godzin po obiedzie. Ale rzeczywiście, tutaj jakos dziwnie po sniadaniu około godziny 9-10, bo wczesniej raczej się nie chce jesc, w ogole w ciagu dnia nie bylam glodna, tak żeby zjeść jakis posiłek typu lunch czy obiad. Dopiero około godziny 18-19 przychodził głód, ale taki wilczy wręcz głód i można było jeść i jeść aż do nocy. Niezrozumiałe dla mnie przeżycie, ale widocznie tak ten klimat (bo nie tylko temperatura) wpływa na organizm. Następnie, rzeczywiście żeby wstac o 9.00 lepiej nastawić budzik (kiedy to w Egipcie o godzinie 6.00 mogłam już wstawac wyspana bez dodatkowego budzenia przy podobnej temperaturze powietrza.

Dzisiaj w Hiszpanii, święto Trzech Króli. Z tej okazji kupuje się lub robi specjalny wypiek, w którym ukrywa się kamień i króla. Jak się ma szczęście i podczas jedzenia natrafi na małego króla otrzymuje się korone. Z koleji jak się natrafi na kamień to trzeba będzie w przyszłym roku kupić to ciasto…Głównie bawia się dzieci, organizowane są parady i inne atrakcje dla najmłodszych. A ciekawą rzeczą jest to, że jest to dzien obdarowywania się prezentami bożonarodzeniowymi, bo trzej mędrcy właśnie przynieśli dary Jezusowi. Podobno niektóre rodziny tez obdarowywuja się w swięta ale chyba większość jednak czeka do 6 stycznia. Tym samym okres swiat przedłuza się i kiedy w Polsce mówimy swieta swieta i po swietach w Hiszpanii to co miłe i fajne trwa dłużej. Feliz Navidad!

piątek, 16 grudnia 2011

Isla de Margarita, Venezuela



Po przylocie na lotnisko Porlamar na Margaricie udaliśmy się do hotelu. Mimo godzin popołudniowych dało się odczuć tropikalny klimat o wysokiej temperaturze i dużej wilgotności powietrza. Z radościa weszłam do mojego klimatyzowanego pokoju. Aby klimatyzacja mogła funkcjonować nie potrzeba żadnej karty, to znaczy nawet po opuszczeniu pokoju, można zaprogramować utrzymanie temperatury odpowiedniej dla człowieka z Europy Wschodniej:) Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to to, że ledwo co mogłam się poruszac w tym moim jednoosobowym pokoiku, ale za to na łóżku zmieściłyby się spokojnie trzy osoby. Ciekawe.
Postanowilam wykąpac się w morzu karaibskim i udałam się na plaże hotelową. Plaza El Yaque cieszy się wielką popularnością wśród windsurfingowców. Ja jednak w sobotnie popołudnie ich za dużo nie widzialam. Zaciekawili mnie ludzie, którzy stali na deskach surfingowych, z wioslem w ręku i tak sie poruszali po wodzie. Nie rozumiałam wyboru ich sportu, ale zrozumienie przyszło kilka dni później, kiedy wypożyczyłam wraz z kolegami deskę windsurfingową, aby spróbować tego sportu po raz pierwszy w życiu. Tak to ładnie wygląda jak się patrzy z brzegu morza. No właśnie, doszłam do wniosku, że lepiej patrzyć niż samemu próbować. Po którymś upadku z koleji, tak własnie pomyślałam, że najchetniej bym po prostu chciała jedynie balansowac na desce, nie martwić się o zaden żagiel (a on troche waży) i tylko skombinowac sobie takie wiosło, aby spokojnie sobie surfować.
Następnego dnia moją uwagę przyciągnęło śniadanie hotelowe, na początku trudno bylo sobie coś znalezc do jedzenia, gdy sie nie wie do konca co to arepas, empanadas, marakuja, papaja. Szybko jednak metodą prób i błędów udało się ogarnąć menu i już niedługo zaczęłam się smakować w tutejszych owocach lub zmiksowanych sokach owocowych.
Wenezuela wydala mi się interesującym krajem, choć poznawałam ją głównie ze stron przewodnika. Udało się nam wybrac na przepiękną plażę na wyspie Coche oraz wypożyczyc samochód i objechać Margaritę, na kontynent moze uda się wybrać następnym razem.
Do jednych z rozrywek należały zakupy. Dolary bądź euro wymienia się tu na czarnym rynku (czytaj w sklepie pod ladą) na bolivary, kart kredytowych lepiej nikomu i nigdzie nie pokazywać, na wycieczki lepiej zdjąć z siebie wszelkie ozdoby, z zegarkami włącznie. Tak przyszykowanym, można wybrac się na zwiedzanie. Znajomi opowiadali, że często pobyty obcokrajowców zaczynają się bardzo tragicznie, to znaczy sa okradani, ale poźniej, jak już się nic nie ma to podobno dopiero można odpocząć i nacieszyć się Wenezuelą. W sklepach na wiekszości produktów widnieją ceny. W miejscowościach turystycznych sa one bardzo bardzo zawyżone, szczególnie na produkty Made in China. Podobnie jak w Egipcie, ale tam mozna stosować swój urok osobisty i dobrze się bawić targując. Tutaj jednak zabawy nie ma, mówi się, że sie tyle i tyle ma i odchodzi, czasami to skutkuje czasami nie i trzeba przepłacać bo pani mówi, że nie może nic z ceny spuścić. Wyjazd do pobliskiego miasta Porlamar pokazał mi jednak, ze tam ceny są 2 lub 3 krotnie tansze niż na uliczce przy naszym hotelu SURF PARADISE.