Życie jest podróżą. Life is a journey.

Nasze codzienne decyzje wyznajczają miejsce, do którego dotrzemy. Everyday decisions lead us towards our destination.

Pages

niedziela, 22 grudnia 2013

The Gambia

Dawno mnie tu już nie było, bo chyba na dobre zadomowiłam się w mojej Warszawie a podczas podróży w zeszłym roku byłam zwykle bardziej nastawiona na odpoczynek niż na poznawanie nowych kultur, ludzi, języków itp poza obiektami hotelowymi...

Teraz trafił mi się jednak wyjazd, który sam z siebie nie stwarza dużo możliwości pozostawania w hotelu, gdyż dzika natura obecna na zewnątrz kilkugwiazdkowych hoteli zbyt mnie interesuje a wręcz intryguje, aby jej nie odkryć, choć w małym stopniu.
Jestem w kraju, który po angielsku nazywa sie The Gambia, brzmi to wręcz dostojnie, jak Gambia Wielka. Jest to najmniejszy kraj w Afryce, położony na Zachodzie wzdłuż rzeki Gambia. Otacza go Senegal.
Wylądowaliśmy na lotnisku w Banjul, czyli stolicy kraju. Zaskoczyła mnie dość imponująca flota kilku (3 na ziemi) samolotów narodowych przewoźników gambijskich. Następnie czekaliśmy około 45 minut na busa do hotelu, nauczona doświadczeniem jordańskim, aby sie nie przejmować, nie marudzic ani też niczego nie próbować pośpieszać, czekałam grzecznie nic nie mówiąc:) W tym czasie podchodzili do nas mężczyźni koloru hebanu i  coś próbowali zagadać, szczególnie z moją przyjaciółką, która była z nami. Każdy z nich 'aplikował o pracę', tzn próbował sobie znaleźć coś, za co mógłby zarobić kilka groszy: tu pokaże jakieś miejsce, tu poszuka busa, tu przeniesie bagaż, choćby z jednego miejsca na drugie, a potem z powrotem. Z drugiej jednak strony mówili, że to jedynie gambijska gościnność. Podróz z lotniska do hotelu pozwala zwykle w małym stopniu zweryfikować nasze oczekiwania co do tego jak ten daleki kraj będzie wyglądał a jak na prawdę wygląda. Czesto nie mamy bladego pojęcia, jak wygląda Afryka. Lotnisko było całkiem przyjemne i reprezentacyjne, droga wydała się pokazać prostotę i ulotność tego życia tu, byli ludzie i budki zwykle blaszane z czymś w środku, było życie, coś sie działo, oświetlona droga główna, kilka samochodów na ulicy, nie jest źle, nie było widać ludzi chorych na malarię, umierających dzieci z ogromnymi brzuchami ani obsiadających ludzi much, przynajmniej nie w takim stopniu jaki pokazują to media. Czyżby tu na prawdę wszyscy mieli co jeść???
Panowie na dole w recepcji prawie się pokłócili, którzy mają mi pomóc wnieść bagaż na górę, dostali dolara i byli zadowoleni.
Pokój hotelowy nie różni się wiele od pokoju hotelowego w Europie, za wyjątkiem moskitiery, zawieszonej nad łóżkiem. Pan od bagażu chciał coś pomagać rozłożyć ją, ale myśląc co to za problem zawiesić firankę nad łóżkiem, podziękowałam za jego pomoc i tak o mało co byśmy się nie udusiły pierwszej nocy, no dobrze przesadzam, ale firankę miałyśmy na twarzach i głowach, dopiero następnego dnia poprosiłam sprzątaczkę o pomoc i zobaczyłam, że wcale nie trzeba sie dusić jak jest ona rozłożona jak namiot.





Pierwszy dzień w Gambii to dla mnie obeznanie z nowym koniecznym tu dla białasów rytuałem: SMAROWANIE, smaruję się tu zawsze od rana do wieczora, jak nie mega mocnym mleczkiem przeciwko komarom tropikalnym to balsamem od słońca, wystarczy umyć ręce czy zanurzyć nogi i znowu rytuał się powtarza, nie mówiąc o kąpieli w łazience czy też basenie hotelowym.



1 komentarz: