Życie jest podróżą. Life is a journey.

Nasze codzienne decyzje wyznajczają miejsce, do którego dotrzemy. Everyday decisions lead us towards our destination.

Pages

piątek, 16 grudnia 2011

Isla de Margarita, Venezuela



Po przylocie na lotnisko Porlamar na Margaricie udaliśmy się do hotelu. Mimo godzin popołudniowych dało się odczuć tropikalny klimat o wysokiej temperaturze i dużej wilgotności powietrza. Z radościa weszłam do mojego klimatyzowanego pokoju. Aby klimatyzacja mogła funkcjonować nie potrzeba żadnej karty, to znaczy nawet po opuszczeniu pokoju, można zaprogramować utrzymanie temperatury odpowiedniej dla człowieka z Europy Wschodniej:) Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to to, że ledwo co mogłam się poruszac w tym moim jednoosobowym pokoiku, ale za to na łóżku zmieściłyby się spokojnie trzy osoby. Ciekawe.
Postanowilam wykąpac się w morzu karaibskim i udałam się na plaże hotelową. Plaza El Yaque cieszy się wielką popularnością wśród windsurfingowców. Ja jednak w sobotnie popołudnie ich za dużo nie widzialam. Zaciekawili mnie ludzie, którzy stali na deskach surfingowych, z wioslem w ręku i tak sie poruszali po wodzie. Nie rozumiałam wyboru ich sportu, ale zrozumienie przyszło kilka dni później, kiedy wypożyczyłam wraz z kolegami deskę windsurfingową, aby spróbować tego sportu po raz pierwszy w życiu. Tak to ładnie wygląda jak się patrzy z brzegu morza. No właśnie, doszłam do wniosku, że lepiej patrzyć niż samemu próbować. Po którymś upadku z koleji, tak własnie pomyślałam, że najchetniej bym po prostu chciała jedynie balansowac na desce, nie martwić się o zaden żagiel (a on troche waży) i tylko skombinowac sobie takie wiosło, aby spokojnie sobie surfować.
Następnego dnia moją uwagę przyciągnęło śniadanie hotelowe, na początku trudno bylo sobie coś znalezc do jedzenia, gdy sie nie wie do konca co to arepas, empanadas, marakuja, papaja. Szybko jednak metodą prób i błędów udało się ogarnąć menu i już niedługo zaczęłam się smakować w tutejszych owocach lub zmiksowanych sokach owocowych.
Wenezuela wydala mi się interesującym krajem, choć poznawałam ją głównie ze stron przewodnika. Udało się nam wybrac na przepiękną plażę na wyspie Coche oraz wypożyczyc samochód i objechać Margaritę, na kontynent moze uda się wybrać następnym razem.
Do jednych z rozrywek należały zakupy. Dolary bądź euro wymienia się tu na czarnym rynku (czytaj w sklepie pod ladą) na bolivary, kart kredytowych lepiej nikomu i nigdzie nie pokazywać, na wycieczki lepiej zdjąć z siebie wszelkie ozdoby, z zegarkami włącznie. Tak przyszykowanym, można wybrac się na zwiedzanie. Znajomi opowiadali, że często pobyty obcokrajowców zaczynają się bardzo tragicznie, to znaczy sa okradani, ale poźniej, jak już się nic nie ma to podobno dopiero można odpocząć i nacieszyć się Wenezuelą. W sklepach na wiekszości produktów widnieją ceny. W miejscowościach turystycznych sa one bardzo bardzo zawyżone, szczególnie na produkty Made in China. Podobnie jak w Egipcie, ale tam mozna stosować swój urok osobisty i dobrze się bawić targując. Tutaj jednak zabawy nie ma, mówi się, że sie tyle i tyle ma i odchodzi, czasami to skutkuje czasami nie i trzeba przepłacać bo pani mówi, że nie może nic z ceny spuścić. Wyjazd do pobliskiego miasta Porlamar pokazał mi jednak, ze tam ceny są 2 lub 3 krotnie tansze niż na uliczce przy naszym hotelu SURF PARADISE.

środa, 7 grudnia 2011

Hurgada - odsłona druga


Wracam do Hurgady, cieszę się na powrót, jak bardzo to magiczne miejsce przyciąga mnie, zaczynam się czuć tu swobodnie, wydaję się być szczęśliwa gdy wchodzę do hotelu, witają mnie uśmiechnięte twarze znajomych hotelowych, witam się na powrót z tymi osobami, które poznałam wcześniej, to miłe uczucie, ze cieszą się z mojego ponownego przyjazdu, przebieram się tylko i zmykam korzystac z atrakcji, za którymi w ciagu dwoch dni zdążyłam się już tak stęsknić. Mam być tu jedynie kilkanaście godzin wiec trzeba korzystać z morza, sklepów i spotkań wieczorem. Oj Egipt Egipt, czyżby ktoś rzucił na mnie jakiś czar.



Hurgada





Dzis do Hurgady przyleciała koleżanka z pracy, obydwie niezmiernie się ucieszyłyśmy naszym spotkaniem, wpadłyśmy sobie w ramiona i

zaczęłyśmy rozmawiać, tak przez kilka godzin na plaży siedziałyśmy i opowiadałyśmy o naszych

przygodach na wyjazdach z pracy, ona na Goa a ja tu w Egipcie. To już mój czwarty tydzień i ostatni w tym miejscu. Po przeżyciach w innym arabskim kraju, Jordanii, wzdrygałam się na kolejne pomieszkiwanie na Bliskim Wschodzie. Myśl o użeraniu się z tutejszymi ludźmi wzdrygała moim ciałem. Zdiagnozowałam u siebie alergie na Arabów, ale to trochę jak z alergią pokarmową na coś co się lubi jeść. Z jednej strony ich nie cierpię, a z drugiej po tylu latach na Bliskim Wschodzie, czuję się tu jakoś dziwnie jak w domu i mam wielką frajdę, że ich rozumiem bez słów, a przynajmniej tak mi się wydaję. Ciekawe, że jakoś tu ciągle trafiam, mój pierwszy pobyt w tej firmie był w Bahrajnie a teraz ten Egipt.




Pamiętam, że będąc dziewczynką marzyłam o wycieczce po Egipcie, chciałam zobaczyć piramidy, mumie, wielbłądy, pustynie i oazy. W ostatnim jednak czasie, po przeczytaniu artykułów o molestowaniu kobiet w Kairze(mimo ze takie rzeczy zdarzaja sie wszedzie na swiecie), zupełnie mi się odwidziały takie wycieczki. Skoro zgodziłam się tu przyjechać, planowałam spędzić ten pobyt w jak najbardziej bezbolesny sposób, czyli jak najmniej wychodzić poza teren kompleksu hotelowego. Jednak nawet i to nie uchroniło mnie przed kontaktem z tubylcami…

Tak wiec najpierw sprzątacz mojego pokoju, chciał być moim ‘drugiem’ tłum. Przyjacielem, pytał się jak mam na imie, ile mam lat i co tu robie, następnie podarował mi długopis z rosyjskim napisem (hotel pełen Rosjan) i ciagle mnie zaczepiał. Ja tylko prosiłam go żeby posprzątał mój pokój (bo o tym czasami zapominał, mimo ze pracował w hotelu o wysokim standardzie) i wymienil opakowanie żelu pod prysznic. On jednak usiłował tłumaczyć, ze balsam do ciała to odzywka do włosów, bo to białe i to białe i co ja w ogóle

jeszcze chce. Kiedy poprosiłam go tylko, żeby uzupełnił kawę i herbate to powiedział, ze mam dzwonić do room sernice i zamówić kawę. Następnego dnia udało mu się jednak zrobić misia z ręczników i udekorować je płatkami kwiatów, a co miś trzymal w rękach – nic innego jak saszetki rozpuszczalnej Nescafe. To co dla turystów z Zachodu wydawało się oczywiste, jak sprzątanie pokoju, tutaj oczywiste nie było.


Ponieważ miałam tu być miesiąc, postanowiłam zmienić pokój. Procedura polegała na codziennym przychodzeniu na recepcję, gdzie ktoś łaskawie zwracał na mnie uwagę i odsyłał do kolegi a następnie kazał przyjść następnego dnia. Co pomogło, to bezpośredni kontakt z menedżerem front desku, załatwił przeprowadzkę w jedeń dzień.


Po jakimś czasie do hotelu przyszli nowi animatorzy- Rosjanki, Tunezyjczyk i Egipcjanie, ciezko im było z początku kogos zachecić do udziału w zajeciach. Zaprzyjaźniłam się z nimi i chciałam im trochę pomóc więc przychodziłam, na początku sama, potem 2 osoby a potem już więcej. Miło

było widzieć na plaży znajome twarze każdego dnia, troche sobie porozmawiać. Wieczorami w hotelu odbywał się SHOW, taniec z kobrami, taniec brzucha, tance Egipskie itp. Pewnego wieczoru jednak show miał nazwe MISS HILTON, czyli miss hotelu. Poszłam wieczorem, aby spotkać się ze znajomymi i mimo ze wcześniej zgłosiłam się na ochotniczkę do tańca z kobrami, to dobrze wiedziałam, ze w wyborach miss hotelu nie mam najmniejszego zamiaru startować, a jedynie zobaczyć co to będzię. Z braku kandydatek z innych panstw niż Rosja, dwie koleżanki animatorki poprosiły mnie tak bardzo abym poszła, wzbraniałam się ale one prosiły i mówiły ze to nic takiego. No dobrze, odpowiedziałam, zastanawiając się co mnie czeka. A czekała mnie ‘masakra’. Tak dużego upokorzenia i braku szacunku nie przeżyłam od dawna. Czułam się jak mięso rzucone na scene, którego kosztem prowadzący Tunezyjczyk oraz pijani goście hotelu mieli

zabawę. Większość zadań była z podtekstem seksualnym lub erotycznym, co to w ogole miało być. Pokaż seksowną pozycję, pocaluj jak najwięcej mężczyż na widowni, zatańcz przed wszystkimi taniec brzucha, zgromadź jak najwięcej ubran z widowni…..Z niektórych udało mi się wybrnąć dowcipnym zachowaniem, chciałam krzyczeć ‘co to w ogole ma być’, ja tez jestem gosciem hotelu. Traktowanie kobiety jak przedmiotu, może nawet w kulturze arabskiej było czyms normalnym (potem jak poskarżyłam się menedżerowi, to mimo ze mnie przepraszał, nawet wyslal kosz z owocami do mojego pokoju, widziałam w jego oczach, ze nie rozumie w czym był problem) ale dziwiłam się, ze Rosjanki wydawały się dobrze bawić. Jak przyszło do głosowania publiczności otrzymałam najmniej punktów, nikt mi nawet nie podziękował, ze wziełam udział. Zraniona, zła, smutna pobiegłam płacząc do pokoju. Tak się zakończył show o

nazwie MISS HILTON. Na zadnym innym show nie byłam do końca wyjazdu.

Innego dnia w siłowni poznałam młodego instruktora o bardzo długich rzęsach, strapiony siedział obok, gdy ja jechałam na rowerku. Zaczęliśmy rozmawiać, potrzebowal pieniędzy, bo trafila mu się okazja i chciał kupic mieszkanie w Hurgadzie. Zastanawiał się co może zrobić, powiedział ze ma 80 procent ceny a 20 procent musi jakos spieniężyć. Podejrzewałam, ze może sprzeda samochod, bizuterie, obligacje czy cos takiego, ale zapomniałam ze tu Egipt. Powiedział, ze ma kilka krów, zapytałam ponownie czy dobrze usłyszałam – KROWY?. Tak, odrzekł i całkiem nonszalancko nazwał to swoim biznesem w Kairze. Tak wiec, dowiedziałam się ze w dwudziestym wieku jak ktoś mówi w miescie, ze jest biznesmenem to znaczy ze może ma wielbłąda lub krówki. A koszt jednej to kilka tysięcy złotych.


Nie muszę chyba mówić, ze tak prywatna rozmowa otworzyla myślenie 25 letniemu Mahometowi, ze może uda się mnie poderwać i zacząl wtrącać co i raz, jaka jestem słodka i pojawiać się następnego dnia na plaży zamiast w siłowni. Opowiedział mi historie swojego małżeństwa, zakończonego rozwodem. Akurat miałam szczęście, bo załoga w ostatnim tygodniu oprocz mnie była całkiem męska, a widok 5 facetów obok mnie skutecznie odstraszał wszelkich zalotników.

W poprzednich tygodniach jednak, gdy sama chodziłam na zakupy mialam wiele zaproszeń na dyskoteki, romantyczne kolacje, herbatki. Hurgada nazywana jest w Egipcie miastem grzechu. Dziwnym trafem większość z nich miała się odbyć o 22.00 na mieście. Ciekawe, nie skorzystałam z żadnej z tych ofert, ale niektórzy Egipcjanie byli przebiegli (szczególnie Chrześcijanie, których można poznać po biblijnych imionach i wytatuowanych krzyżykach na rekach) i nie dawali za wygraną. Moje kontakty z ludnością tubylczą ograniczałam do zakupów.


Zwykle wyglądało to tak: wchodzę do sklepu, mowie SALAM ALEJKUM, czyli ichnie dzien dobry, jeżeli pod odpowiedzi następuje jakies pytanie po arabsku i nie da się wyminąć zwrotem HAMDULLALAH, czyli dzieki Bogu, to przyznaje się ze arabskiego znam bardzo malo. Potem WHERE ARE YOU FROM? Jak powiesz Poland, to słyszysz Polska- jak się masz kochanie, taki ich zwrot na klientow. Jak powiesz WARSZAWA, to nikt nie wie, jak jestes z grupa złożoną z różnych nacji, wystarszy powiedzieć MISZ MASZ, to się pytaja gdzie to jest. Po jakims czasie zaczełam doceniac poczucie humoru Egipcjan i odpowiadałam FROM MY MOTHER. Smiali się, a punkt na liczniku zablyskal po mojej stronie, hahaha, taka gra. Następne pytanie WHAT IS YOUR NAME?, czasami udawalo się zbyc uśmiechem, albo stwierdzeniem, ze jestem jedynie na zakupach a nie w celach towarzyskich. No i tak…podobala mi się ta gra zakupowa…stałam się profesjonalistka, znając kilka słów arabskich, ceny i wiedząc co za ile chce kupic w dobie kryzysu w Egipcie po prostu to ja oferowałam pieniadze za konkretne rzeczy (często 10 razy mniej niż by wynosila pierwsza oferta), nie pytając się o ceny. Sprzedawcy traktowali mnie jak swoją, brali pieniadze a ja wychodziłam z wielkim uśmiechem ze sklepu.

Teraz już wrociłam do domu i jest mi tu tak dobrze, jednak pobyt w Hurgadzie dal mi duzo do myslenia, przypadkowo spotkani ludzie, czasami rzucali jedno lub dwa zdania tak trafne, ze to chyba nie był przypadek, ze ich spotkałam. Podróże uczą, człowiek się zmienia. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.


poniedziałek, 15 sierpnia 2011

piątek, 22 lipca 2011

Ogród za bramą


Dziś po południu wyszłam na spacer. Skręciłam w nieznaną mi uliczkę, na końcu której znajdowała się zielona brama z brązowym, drewnianym daszkiem. Przechodząc przez tę bramę przeszłam z jednego świata w drugi. Ze zgiełku, trudności, zawirowań i niepewności wielkiego miasta w ogród pełen spokoju, piękna, harmonii i bogactwa. Rozglądając się na prawo i lewo, nie mogłam uwierzyć w jak pięknym miejscu się znajduję. Nie mogłam nadziwić się pięknem stworzenia boskiego. Te cudownie pachnące kwiaty - żółte małe słoneczniki, liliowe słupeczki, pomarańczowe fikuśne płatki, ciemno fioletowe szlachetne rośliny, jasno fioletowe kwiatki, a wszystkie przyozdobione zieloną trawą i roślinnością w różnych odcieniach.

Gdy spojrzałam trochę wyżej objawiło się piękno drzew owocowych, smukłych a tym samym obciążonych owocami - spadające jabłka, pięknie odznaczajace się fioletowe śliwki, wiśnie przyozdabiające dzielone galęzie i właśnie co dojrzewające gruszki. Dzialo się to zgodnie z rytmem natury, wszystko w swoim czasie. Latające na niebie ptaki śpiewały radosne pieśni.

Moje serce wypełnia wdzięczność za to piękno stworzenia. Tak sobie myślę, że chcę tam witać częściej, obudziła się we mnie tęsknota do prostoty, bo tak niewiele trzeba, żeby móc się znaleźć w obecności bożej z dala od zgiełku, trudności, zawirowan i niepewności dnia codziennego. Potem jak już trzeba wyjść z ogrodu i wrócić do domu można zamknąć oczy i przypomnieć sobie to, co się widziało, słyszało i czuło. Już nie jest się tą samą osobą. Do następnego razu, kiedy przejdzie się przez bramę.

niedziela, 30 stycznia 2011

OPOWIADANIE - Dzień w Ammanie

Po trzech miesiącach pobytu w Jordanii, u szczytu tej przygody obudziłam się w nocy i zaczęłam po prostu pisać to opowiadanie, wylewając wszelkie me frustracje na papier. Akcja zaczyna się więc wcześnie nad ranem…

4 rano. Pobudka do dźwięków z pobliskich meczetów, zaczyna się pierwsze nawoływanie na modlitwę. Jedynie z mojego okna, słychać odgłosy z przynajmniej trzech pobliskich zielonych wieżyczek. Ciekawa jestem, czym kierują się tutejsi gorliwi muzułmanie przy wyborze konkretnego miejsca na modlitwę. Widać na ulicach, że ci niezdecydowani, może w desperacji, a może ponieważ są na ścieżce wojennej z innym gorliwym muzułmaninem, wybierają niezależność i rozkładają dywanik gdzie popadnie, na ulicy, przed sklepem, pod hotelem. Następnie rozpoczynają swój rytuał, osoby przechodzące musza uważać, żeby przypadkiem nie stanąć lub nie przejść przed kłaniającą się osobą, nie chcąc nikogo urazić.

Ponieważ jeszcze nie byłam o 4 rano na ammańskich ulicach, nie wiem jak wygląda mobilizacja do wstania z łóżka i udania się na modlitwy. Jedyne, co wiem, to że w tutejszą sobotę, czyli piątek do południa, prawie że żywej duszy nie ma na ulicach. Tak, więc, dla tych, którzy z obowiązku wstali a z lenistwa lub zmęczenia położyli się dalej spać, przygotowane są dalsze atrakcje w ciągu dnia. Nie wiem dokładnie czy tutejsze prawo gwarantuje słyszalność głośnych nawoływań każdemu mieszkańcowi Ammanu tak jak amerykańska konstytucja gwarantuje inalienable rights (niezbywalne prawa), ale warto byłoby to zbadać. Ponieważ poza chodzeniem do centrów handlowych nie ma tu wielu innych atrakcji, mogłabym udać się na poszukiwanie choć jednego miejsca, gdzie nawoływania nie słychać. Oczywiście wyników moich badań nie będę mogła opublikować, gdyż na pewno zostaną ocenzurowane przez tutejszy wywiad.

Wracając do rozkładu dnia, to przychodzi czas na śniadanie. Bardzo popularne w krajach arabskich są słodycze. Nic przecież innego jak one nie pozwala na błogą drzemkę w ciągu dnia lub potrzebę picia litrów mocnej herbaty i kawy. A bez upijania się tymi bogatymi w kofeinę napojami, człowiek tutejszy czułby się jak bez ręki lub nogi, a co by babcia i dziadek powiedzieli o zaniku tradycji. Tak, więc przemysł wyrobów cukierniczych kwitnie. Należy tu jeszcze wspomnieć o innym wynalazku - humus i pieczywo typu pita. Za bardzo niewielkie pieniądze można sobie zafundować chlebek z tą pyszną pasta. Podobno jest to pożywienie ludzi biednych, czyli tutejszej większości. 90 procent produktów spożywczych jest tutaj importowana z innych krajów, w związku z tym ceny tez są w miarę wysokie w porównaniu do zarobków. Wydaje mi się, że produkcja chleba jest dotowana przez państwo, bo przecież jakby obywatele zaczęli narzekać, że nie mają co jeść, jeszcze doszłoby do jakiegoś buntu. Tak, więc rozważni politycy, wolą 'zapchać' buzię elektoratu tanim chlebkiem, żeby przypadkiem nie wyraził posłyszanej gdzieś ukradkiem opinii. Korzystam z bogatej gamy produktów amerykańskich oraz tych z sąsiadujących krajów. Dużym eksporterem wydaje się być Turcja (arabski maminsynek), firmy takie jak Eti czy Ulker królują. Zastanawiam się, czy to dlatego że udziały w tych firmach ma arabski Uncle Sam tudzież Uncle Kalif...

Zakupy spożywcze należą do jednych z moich lokalnych rozrywek bądź rozgrywek. Nie daj Boże, nie wiedzieć, na której półce leży konkretna poszukiwana rzecz. Na zakupy, zresztą tak jak i przy codziennym wychodzeniu z domu, należy kierować się filozofią otwartej dłoni i oczyszczonego myślenia. W skrócie oznacza to myślenie idziemy, bo idziemy, nie wiemy, co będzie lub nie będzie, ale nie ma sobie co tym zaprzątać głowy, bo to wywołuje stres, który się udziela otoczeniu w postaci negatywnej energii. Te negatywne moce z kolei prowadzą do stosowania technik olewawczych u zaspanych, myślących o cukierkach mieszkańców. W Europie sporządzenie listy na zakupy z reguły pozwala zaoszczędzić trochę czasu. Jeżeli tutaj będziemy chcieli uprzeć się i szukać artykułu z pozycji np 3 możemy zrezygnować z pójścia na siłownie, bo potrzeba wysiłku fizycznego zostanie w pełni zaspokojona w wysiłku podczas poszukiwań. Pewnego razu zapragnęłam zdobyć ten tutejszy humus. Wybrałam się do jednego z większych, zaopatrzonych w różne marki produktów sklepu o nazwie Safeway (tłu. autora Bezpieczna droga). Szukałam i szukałam na własną rękę, ale widocznie europejska ręka tutaj się nie przydaje. Zdesperowana, postanowiłam poprosić o pomoc jednego z pracowników na sklepie. Aby ominąć barierę językową, wymówiłam słowo humus kilka razy z różną intonacją głosu. Za trzecim razem zapaliła się żarówka i komunikat został przekazany przez nadawcę odbiorcy. Jedynym elementem weryfikującym fakt, że zaszła komunikacja miał być komunikat zwrotny. Generalizując istnieje tutaj kilka możliwych odpowiedzi na pytanie, gdzie mogę znaleźć humus:

a) idź prosto i na prawo (jemin)

b)tak oraz następujący po nim uśmiech

c)skiniecie palcem, żebym poczekała i zaangażowanie wszystkich kolegów po fachu, którym trzeba koniecznie opowiedzieć cala historie, że ta blondynka szuka humusu, następnie wydelegowanie jednego z grupy śmiałków na poszukiwanie poszukiwanego produktu

d)odpowiedź pytaniem na pytanie: skąd jesteś i czy jesteś mężatką

e)poniższa opcja może jedynie nastąpić w przypadku oznak najmniejszego zainteresowania rozmówcą jak spojrzenie mu w twarz: pytanie czy nie wybierzemy się na kawę (cokolwiek to tutaj znaczy)

Tak wygląda rozrywka w Safeway'u. Jeżeli usłyszymy z ust sprzedawcy sklepowego opcję ‘a’ i jak zrozumiemy możemy grzecznie podziękować, ukłonić się i iść w wyznaczone miejsce. I tak to umiejętnie rozegrana sytuacja przez Araba prowadzi do tego, że wilk syt (od tej informacji) i owca cała (nic już ode mnie nie chcą). Prawdopodobieństwo znalezienia szukanego produktu we wskazanym miejscu jest mniejsze niż 5 procent. Dlatego zdradzę tutaj technikę wykrywania kłamstw bez użycia maszyn. Wystarczy powtórzyć usłyszany komunikat dotyczący drogi zmieniając pewien szczegół. Na przykład, kiedy usłyszymy, że mamy iść prosto i na prawo, upewnijmy się, że mamy iść w prosto i na lewo (szmal). Jeżeli nasz rozmówca skinie głową potwierdza to nasze przekonanie, że nie ma on zielonego pojęcia albo czego szukamy albo gdzie to się znajduje. Wskazanie jakiejkolwiek drogi zrzuca z niego dalsza odpowiedzialność, wilk najedzony i owieczka biega. Co należy zrobić w takim przypadku - ewakuacja. Na początku wydawało mi się to trochę bez szacunku dla drugiej osoby, że jeżeli ktoś mi mówi, że na prawo a ja idę prosto. W Europie pewnie bym odczekała minutę, aż ta osoba sobie pójdzie i następnie obrała inny kierunek. Tutaj już się nie krępuje, bo przecież oni wiedza, że nie wiedzą i ja to wiem, ważne żeby z uśmiechem każdy się rozstał. Taka strategia gry jest przyjmowana nie tylko w supermarketach, również na drogach, gdy szukamy pewnego budynku, w ministerstwach i o zgrozo jak pytamy niektórych lekarzy o diagnozę lub przepisanie leków.

Opcja b jest już łatwiejsza do zrozumienia dla początkującego ammańczyka. „Tak” prostu znaczy: nie, nie wiem, ale nie powiem, że nie wiem, nie rozumiem, ale nie powiem, że nie rozumiem, nie ma, ale nie powiem, że nie ma. Wtedy należy przypomnieć sobie o filozofii otwartej ręki i oczyszczonego umysłu i iść dalej.

Opcja c jest bardzo czasochłonna, ale również pozwala poznać grono nowych przyjaciół sklepowych. W końcu dla nich to wielka atrakcja w tej monotonnej pracy od kawy do kawy, od papierosa do papierosa. Przecież nie codziennie widzi się kobietę samą na zakupach. Jeżeli grono sklepowe o zgrozo nie zna angielskiego powiadamiają oni odpowiednie służby w postaci znajomych, którzy kiedyś chwalili się, że coś umieją po angielsku. Następnie taki tłumacz jest angażowany to tłumaczenia konsekutywnego przez telefon po godzinach i bez wynagrodzenia. Opłaca mu się to jednak, bo jak będzie potrzebował świeże sklepowe oliwki, to wie do kogo będzie dzwonić. Ogólnie rzecz biorąc ta opcja jest dość niekomfortowa i należy jak najszybciej się zmywać z pola widzenia.

Opcja d z reguły jest nieszkodliwa, ludzie są ciekawscy, jeżeli mieli by jakieś złe myśli to pewnie by się nie pytali. Jedyny problem to to, że nie tak łatwo będzie się już zmyć z pola widzenia takiego osobnika, bo kontakt został nawiązany no i że ciągle nie ma humusu, mimo że my sobie tu gawędzimy o moich osobistych sprawach

Opcja e przeznaczona jest jedynie dla miłośników sportów ekstremalnych. Początkujące osoby proszone są o nie nawiązywanie kontaktu wzrokowego i nie rozchylanie kącików ust przy mówieniu, aby przypadkiem nie wymknął się im najmniejszy uśmiech, który zostanie zinterpretowany przez odbiorcę jako JEST SZANSA przez duże SZ. Osobnik taki nie ma nic do stracenia, a zyskać może dużo.

Koniec już tych dywagacji na temat proszenia o pomoc. Sprawę ułatwiłoby, gdyby można było pytać kobiety (opcja e zostałaby wykluczona z wachlarza odpowiedzi), problemem jest to, że kobiet za bardzo się nie widzi. Nie chodzi mi o ich zakrycia, lecz o brak fizycznej obecności w miejscach publicznych. Tak wiec, czy kupuje bieliznę damska czy grejpfruty, sprzedawca jest z reguły mężczyzną. Tutejsze kobiety z reguły są pod mokasynem swoich mężów, braci lub ojców i z całym zapałem poświęcają się rodzinie i domowi a nie pracy w obsłudze czy na kasie. Na kasie siedzą tutaj mężczyźni, no bo jakby kobiecie taką funkcję przydzielić to jeszcze by zarobiła na siebie, woda sodowa by jej uderzyła do głowy i po sprawie przy takiej niezależności.

Ale sobie przypomniałam, że czasami widać kobiety w sklepach i na ulicach, są to głownie Azjatki z Filipin czy Sri Lanki, tutejsza służba w domach arabskich. Nie wydaje mi się żeby były bardzo zadowolone ze swojej pracy, bo widząc mnie czasami podchodzą, zwracają się madame (mimo że mam na sobie tiszert i trampki, ale zawsze widać białą skore) i pytają czy nie potrzebuje kogoś na pól etatu do prowadzenia domu. Niestety zawsze odmawiam, gdyż nie mogę pozbawić się drugiej co po zakupach rozrywki w Ammanie, sprzątania własnego domu.

Z tym domu to my właśnie jedliśmy śniadanie, to znaczy jak nam udało się poprzedniego dnia znaleźć humus. Ciekawa jestem, czy w rodzinach wielożonnych takie śniadanie jest razem, czy mąż je z żoną, która miała 'przywilej' posiadania go w sypialni dnia poprzedniego, czy tez mąż je z żoną, której przywilej będzie dzisiaj. Ciekawe. Następnie mąż wychodzi do tak zwanej pracy na cały dzień, a jak pracy nie ma to do męskiej kawiarni. Jeżeli potrzeba jest przemieścić się trochę dalej, a nie mamy własnego samochodu, do dyspozycji mamy następujące środki transportu:

a)telefon

b)taksówka

c)autobus

d)marszrutka

e) dla dziwaków i miłośników sportów ekstremalnych: rower, motocykl lub rolki

Telefon jest tutaj wręcz niezbędny. Co ja mowie, telefony, przynajmniej trzy są tutaj niezbędne. Z posiadaniem numerów telefonów nierozłącznie związaną jest strategia ich rozdawania, to znaczy, komu który numer. Dla rodziny ten, dla pracodawcy ten, dla znajomych ten a dla dziewczyny ten. Jeżeli facet chciałby w cos zagrać z dziewczyna, a ona się puszy i nie jest chętna, to wystarczy wyłączyć na jakiś czas numer, przestać się odzywać i poczekać jak ona z tęsknoty będzie wydzwaniać. Wtedy po jakimś czasie można w końcu odebrać i dziewczyna twoja. Jeżeli jednak nie wyjdzie z dziewczyna to wystarczy zamienić numer na nowy i wszystko gra. Wracając do tematu transportu to telefon jest niezbędny. Czasami zastanawiam się jak Arabowie potrafili funkcjonować bez komórek przez tyle wieków...

Tak jak już wcześniej wspomniałam, jak cos się dzieje, mamy problem, to nie myślimy czy możemy go rozwiązać a dzwonimy do ziomków po pomoc. Zwykle się ktoś znajdzie, kto nas podwiezie, nawet jak będzie trzeba poczekać kilka godzin, czas nie pieniądz nie ucieknie, a nie musimy się kłopotać i myśleć na własną rękę. Czekanie w Jordanii jest zajęciem numer dwa tuz po paleniu papierosów. Zaznaczam, że bardzo często obie te czynności są łączone jeszcze z inna czynnością pogawędki z innymi obywatelami lub ubiegającymi się o obywatelstwo osobnikami. Jeżeli natrafi się na kogoś konkretnego, przydatnego następuje wymiana numerów telefonów i już siatka kontaktów powiększona o kolejne oko. Tak wiec czekanie nie było na nic. Ciekawe dla mnie jest to, że czasem i jak mówię, że pracuje dla jordańskich linii lotniczych, ludzie mówią mi, że to świetnie. Nie znaczy to jednak, że cieszą się, że mam ciekawą pracę, ale że się cieszą, że właśnie poznali kogoś, kto będzie mógł im załatwiać bilety ze zniżką, transport na lotniska, dodatkowe porcje jedzenia w samolocie itd. Ponieważ, jestem początkującą ammanką, nie jestem jeszcze gotowa wejść w tą sieć kontaktów i stałego zapamiętywania, kto jest od czego oraz pracy po godzinach starając się pomoc wszystkim moim kontaktom.

Dla tych, którzy w Ammanie są nowi i nie mogą zorganizować sobie podwózki, do dyspozycji pozostaje niepozostawiająca sobie nic do życzenia sieć taksówek. Tutejsze taksówki są dość tanie, o ile kierowca poprosi o uiszczenie opłaty widniejącej na taksometrze. Czasami jednak, uruchomienie tego w ich mniemaniu zbędnego urządzenia jest zbyt dużym wysiłkiem i wolą wymyślić jakąś sumę z powietrza, bo może ten obcokrajowca jest nowy i się nie zorientuje. W takim przypadku płacimy tyle ile powinniśmy i wysiadamy, a najlepiej najpierw wysiąść a dopiero później wręczyć tego dinara czy dwa. Jeżeli taksówkarz zaczyna się burzyć, wystarczy jedno słowo „polis” a delikwenta już nie ma. Czasami jednak taksówkarze mnie zadziwiają znajomością terenu i wiedzą na przykład jak gdzieś dojechać. Na przykład kiedyś potrzebowałam dojechać do ambasady polskiej. Wiedząc, że tutejsi ludzie czy to w supermarkecie czy w taksówce stosują takie same metody kamuflowania braku wiedzy czy też chęci szczerej pomocy, musiałam się przygotować, aby ta drogę w obcym mi mieście temu taksówkarzowi pokazać. Wyciągnęłam mapę. Mapę udało mi się zdobyć w drugim tygodniu mojego tu pobytu od boya hotelowego, który kazał mi przyrzec, że nikomu z gości hotelowych nie powiem, że to od niego. Mapa chyba to tutaj skarb, bo od czasu do czasu spotykam się z zazdrosnymi wręcz zawistnymi spojrzeniami i komentarzami innych obcokrajowców, którzy takiego skarbu nie posiadają. Oczywiście tubylcy takich dziwactw nie potrzebują, bo z reguły maja telefon i przecież nie będą się wypuszczać w nieznane.

Tak wiec przed podróżą do wybranego celu przestudiowałam cala drogę i punkt orientacyjny, którym był hotel usytuowany w pobliżu ambasady. Wsiadłyśmy razem z koleżankami do taksówki i zaczynam panu tłumaczyć - tu prosto, tu w lewo i do tej dzielnicy, następnie mówię mu nazwę hotelu, znal. hip hip hurra, może dojedziemy. Tutaj musze się przyznać, że, mimo, że filozofia otwartej ręki i oczyszczonego umysłu jest bardzo przydatna, nie tak łatwo ja w każdej sytuacji stosować, szczególnie jak ma się jakąś dużą potrzebę, w moim przypadku potrzebę ujrzenia rodaków na obczyźnie. Nasz pan taksówkarz był bardzo miły, niestety wjechaliśmy w korek. Pierwsza myśl, czy to nie aby zagranie specjalne, aby ciut więcej zapłacić, nie należy broń Boże ulec urokowi arabskiego uśmiechu. Chcąc mieć większą kontrole nad sytuacją, zaczynam z panem rozmawiać, żeby się upewnić czy wie gdzie jechać. Mieszanym angielskim, tureckim i arabskim udaje mi się zakomunikować cel naszej podroży - ambasada Rzeczypospolitej Polskiej. Na to pan, to trzeba było od razu tak mówić. Myślałam, że spadnę z fotela, jakim cudem ten podstarzały taksówkarz wiedział, gdzie znajduje się domek z siedzibą ambasady naszego kraju, o którego istnieniu nie wie większość tutejszego społeczeństwa, nie mam pojęcia. Tak na prawdę do dzisiaj, nie mogę sobie wybaczyć, że nie wzięłam jego numeru telefonu, bo bym miała osobę która mogłaby mnie tam zawozić w razie potrzeby. Wspomnę tylko, że potem byłam w ambasadzie kilka razy i nikt nie wiedział gdzie jedzie.

Nie wiem czy to moje zapędy nauczycielskie i tez chęć uniknięcia sytuacji stresujaco nieprzyjemnych sprawiają, że przed wejściem do taksówki robię ich kierowcom mały test. Pytam się czy wiedza gdzie jest ambasada, zawsze odpowiedz jest tak, następnie pytam się ich, w której dzielnicy, na tym pytaniu odpada już 90 procent chętnych do zawiezienia mnie tam kierowców. Jeżeli uda im się zgadnąć dzielnice, patrzę im w oczy czy mogę im w miarę zaufać a następnie przeprowadzam inspekcje samochodu czy taksomierz jest obecny, czy działa i czy to nie będzie zbyt wielki problem go włączyć. Odpada tu kolejne 5 procent taksówek. Tak sobie myślę, że taksówkarze mnie tutaj nie za bardzo lubią, ale cóż.

Jeden raz byłam tylko w autobusie. Dwie znajome z Jamajki poprowadziły mnie do środka, nie sposób zapamiętać numeru autobusu dojeżdżającego do miejsca zamieszkania, bo kierowcy według własnego widzimisie ustalają sobie trasę jazdy. My miałyśmy jechać jedynie prosto, więc szansa dotarcia do celu była dużo większa, jak w przypadku, gdy trzeba by było gdzieś skręcić. W Ammanie autobusami jeżdżą jedynie ludzie bardzo biedni, przyjemność taka kosztuje 400 filsów około 1, 60 PLN, tzn. jak się ma drobne. Pieniążki wrzuca się do puszki przy kierowcy, jeżeli ma się tylko dinara to albo trzeba go wrzucić albo poczekać aż wsiądzie ktoś z drobnymi i należy sobie wydać resztę. Co się dzieje w przypadku, gdy tych drobnych nam nie starcza i mamy na przykład jedynie 300 filsów, głowa do góry, kierowca się na pewno nad nami zlituje i przymknie oko, a może nawet trafi się jakiś inny pasażer i zaoferuje się zapłacić za nasz przejazd, w ramach jordańskiej gościnności i uczynności. Po uiszczeniu opłaty można zająć miejsce. Nigdy nie byłam gwiazda Hollywood, ale w tym jordańskim autobusie tak właśnie się czułam, wszystkie oczy na mnie a dzieci wręcz pokazywały mnie nieustannie swoimi palcami. No dobrze, udało nam się wsiąść, ale jak tu wysiąść. Niby przystanki od czasu do czasu są, ale chyba nie służą one tym autobusom, bo kierowca zatrzymuje się w każdym miejscu. Zapytałam się znajomych czy mogę użyć słowa HALAS - jednego z pierwszych słów, których uczy się przyjezdny. Nie będę się tu rozpisywać o znaczeniu tego słowa, gdyż jest ono wielorakie od stop, do komu, bo idę do domu. Powiedziały, że wystarczy cokolwiek powiedzieć w jakimkolwiek języku, a kierowca się zatrzyma, nie, dlatego że jest poliglota, ale dlatego że na tym polega jego praca, jak nie jedzie to się zatrzymuje.

Istnieją tu jeszcze autobusiki serwisowe, zapewne z potrzeby, gdyż tak jak wspomniałam podroż autobusem może nie spełnić naszych oczekiwań. Tak wiec jak zbierze się grupa ludzi udających się do tego samego miejsca, kierowca odjeżdża a pasażerowie maja mniejsza lub większa pewność, że do tego miejsca dojadą.

Od czasu do czasu i tylko jak się wygląda, można dostrzec kogoś na rowerze, i nie, nie myślcie, że jest to sport dla ammańskich samobójców. Są to z reguły osoby inne, obcokrajowcy, którym trudno się pogodzić z faktem, że są w Ammanie i że drogi oraz ruch nie są przystosowane do ruchu rowerowego. Zapewne nigdzie nie można tutaj zdobyć karty rowerowej. Mam jedna koleżankę z Polski, która jeździ tu rowerem, jest już dobrze znana w niektórych dzielnicach i jak ludzie widza ja bez roweru to się pytają, co się stało i gdzie jest rower.

Tak wiec wybierając już środek komunikacji, możemy dotrzeć do miejsca pracy. Prace są różne, od urzędników, strażników po menedżerów hoteli, którzy do niedawna byli tylko obcokrajowcami z Zachodu. Jeśli chodzi o innych obcokrajowców, to bardzo często kraj ich pochodzenia wyznacza rodzaj pracy, do którego ten naród się nadaję. Tak, więc Arabowie zatrudniają Egipcjan jako sprzątających wokół domu i myjących samochody dozorców (niektórzy, co bardziej przedsiębiorcy otwierają swoje własne budki z jedzeniem na mieście), Filipinki są zatrudniane do sprzątania lub jako pielęgniarki w szpitalach od wykonywania brudnej roboty, lub gdyby lekarz zapomniał języka angielskiego. Ponieważ duża większość tych młodych pielęgniarek zna angielski oraz lekarze często posiadają dyplomy uniwersytetów zagranicznych turystyka medyczna może kwitnąć. Do nie ciekawej pracy przeznaczone są Rosjanki, są one prostytutkami. Dużą grupę stanowią również Amerykanki, bądź to pracują ucząc angielskiego albo sprawują stanowisko żony Araba.

Arabowie mają respekt przed białą skórą, skóra ciemniejsza z góry jest skazana do prac służebniczych i takie też jest traktowanie. A taka Europejka a może nawet Amerykanka to niezła zdobycz, trofeum, które można ustawić w domu do kolekcji, a może nawet uda się zdobyć paszport UE lub USA i stąd uciec...

Wracając do pracy, jest jedna zasada, oczywiście w uproszczony sposób - delegacja obowiązków. Po co pracować i szukać rozwiązania samemu, jak można interesanta odesłać do innego okienka, lub nawet mu tylko powiedzieć, że ma się do innego okienka udać, ale dzisiaj jest ono zamknięte. I tu z pomocą przychodzi słowo widmo BUKRA (tzn. jutro). Widmo, dlatego, że jutro może nadejść lub tez nie. To działa na interesantów uprzejmych i cierpliwych. Jeżeli osoba się zdenerwuje, lub w przypadku kobiet uroni łezkę, wtedy trzeba już z taka osobą inaczej rozmawiać. Wtedy trzeba jej koniecznie obiecać, że własnoręcznie i z całym zaangażowaniem i całym sercem się jej sprawa zainteresujemy, pomożemy i załatwimy. Niech się przypadkiem nie martwi, wszystko będzie dobrze, no już, uśmiechnij się. W pewnym ammańskim pięciogwiazdkowym hotelu, ekipa sprzątająca „przez pomyłkę” wyrzuciła na śmietnik część moich rzeczy, których już nigdy nie odzyskałam. Kiedy rozmawiałam z menedżerem o zaistniałej sytuacji, zapytał się mnie, czy jestem zła. Następnie stwierdził, że taka ładna dziewczyna nie powinna być zła, i w taki sposób sprawa była załatwiona, o odszkodowaniu nawet nie było żadnej mowy. Osoba, która ma jakiekolwiek doświadczenie w relacjach z tubylcami, rzeczywiście się uśmiechnie, bo kto by nie uwierzył tym zapewnieniom, ale gdzieś w podświadomości wie, że to wszystko bujda. Odsyłam znowu do filozofii otwartej dłoni i myślenia będzie, co będzie, a nie to, co ja chcę lub sobie wymyśliłam. Oczywiście można się odwoływać, apelować, ponawiać prośbę, szukać negocjatorów, wysyłać innych, często jednak jest to gra nie warta świeczki.

Co innego, jeżeli mamy naszego pośrednika WASTA i jesteśmy z klanu arabskiego. Wtedy wszystkie drzwi otwarte, nie ma sprawy, której nie moglibyśmy załatwić. Potrzebne świadectwo urodzenia, nie ma sprawy, nawet jak nikt się nie urodził. Czy to możliwe, musi być. Na początku wydawało mi się, że jak tutaj cos jest na piśmie to ma wielka wagę, i chyba rzeczywiście ma większą wagę, ale nie ma takiej rzeczy, której nie można by było załatwić z odpowiednim dojściem. W końcu jak ktoś prosi o przysługę to trzeba dołożyć wszelkich starań, bo musimy sobie pomagać, jeden za wszystkich wszyscy za jednego.

Czasami takie zachowania są zastraszające, na przykład, jeśli chodzi o sferę bezpieczeństwa, z łatwością można się udać w miejsca chronione, witając i całując się ze wszystkimi ochroniarzami, o identyfikatorze zapomnij...mówimy tutaj oczywiście o tutejszych ziomkach. Obcokrajowcy są pod lupa, wydaje mi się, że dużo o mnie wiedza, nawet przy ubieganiu się o prace musiałam ujawnić informacje na temat podroży po świecie mojego ojca. Zadziwia mnie fakt, że Jordania jest jednym z najbezpieczniejszych krajów na Bliskim Wschodzie...

Pracuje się tu od soboty/niedzieli do czwartku, piątek to dzień wolny spędzany w gronie rodziny bliższej i dalszej niezależnie od tego czy ta rodzinie się lubi czy nie. Bez komórki zwanej rodzina tutaj nie można funkcjonować. Rodzina jest plecami, oczami, rękoma i wszystkim, czego potrzebujesz, daje poczucie bezpieczeństwa i pewności siebie. Z drugiej strony, jeżeli by się chciało być trochę innym, mieć inny pogląd, modernizować tradycję, rodzina stanowi tamę, zaporę i pas, żeby takie tendencje wypłowić skutecznym laniem. Jak pas nie pomoże trzeba wziąć pistolet, bo strata honoru jest większa niż strata syna czy córki.

Człowiek pracy, po ciężkim dniu ma prawo wrócić do swojego pięknego przestronnego domostwa, gdzie córki i żony gotowe są spełniać wszelkie zachcianki. Zwykle, aby wejść do swojego mieszkania trzeba przebić się przez stertę śmieci na ulicy lub klatce schodowej. Nie stanowi to raczej żadnego problemu, gdyż samemu przyczynia się zazwyczaj do uzbierania takiej przedbudynkowej kolekcji. Przeciętnemu mieszkańcowi Ammanu nie przeszkadza taka dekoracja, po prostu jak zje loda, wypije kole i schrupie w pośpiechu chipsy, wszelkie pozostałości z tych przekąsek wraz z opakowaniami lądują na chodniku. Ale za to w domu jest bardzo czysto. Mieszkania duże, aby pomieścić liczne rodziny, kolory dekoracji to oczywiście kolory pustynne, żółty, brązowy i w Jordanii czerwony/różowy - to gust tych, którzy widzieli jordański cud świata - różowe skałki w Petrze. Zawsze jest wielki salon, żeby było gdzie spędzać piątki. W toalecie mały bidecik dla muzułmanów oraz zwykle zimna woda w kranie ze zbiornika na dachu. Każda dzielnica dostaje przydział wody raz w tygodniu, wtedy jest czas, aby ten zbiornik napełnić i ma starczyć na tydzień, jak nie starczy to trzeba czekać bez wody lub zamówić samochód z wodą. Jest to rzeczywiście kraj pustynny. Reszta pokoi raczej nie odchodzi od standardów europejskich. Czasami jednak wkradają się niezapraszani goście. Można się zdziwić widząc karaluchy, mrówki, jaszczurki lub myszy. Najgorsze są ponoć skorpiony.

Tak, więc po zmroku, tak jak w innych miejscach panują inne zasady. Raczej nie widzi się kobiet przemierzających ulice samotnie. Godzina dziesiąta wyznacza limit dla mniej grzecznych dziewczynek, bo grzeczne po zmroku nie wychodzą. Jeżeli kobieta znajduje się gdzieś poza domem o dziesiątej, to wiadomo, czym się trudni. Kontakty płci są dość ograniczone, najlepiej spotykać się w grupach. Co i raz w bardziej zachodnich dzielnicach czy w Starbucksie widzi się jakąś parę, ale należy to do rzadkości, oczywiście w godzinach popołudniowych lub wczesno wieczornych. Nie zagłębiam się w tajniki tutejszego życia nocnego lub flirtu, ale wiem, że takie rzeczy też istnieją.

Tak jak widzicie, życie w Ammanie to niekończąca się przygoda, obóz przetrwania i walka z tym, czego nie widać. Człowiek wracając do Europy, naprawdę zachwyca się śniegiem i rozkoszuje ‘normalnością’ (jeżeli pociąg ma przyjechać o tej godzinie to przyjeżdża – trudno w to uwierzyć, jeżeli ktoś mówi, że na prawo to jest wielkie prawdopodobieństwo, że ma rację) oraz tą niedoceniona wolnością, wolnością kobiet, spacerów oraz wyborów. To taki powiew świeżego powietrza w upalny dzień. Wracając do Europy nie jest się już tą samą osobą, co przed wyjazdem. Jest się zmienionym na zawsze.