Zaczęła mnie męczyć ta saszetka na dokumenty, którą nosi się pod ubraniem, aby przypadkiem ktoś jej nie ukradł. Zdjęłam ją więc i włożyłam do torby. Klapeczki na białe stopy i na miasto rozejrzeć się co tu można porobić dzisiaj i jutro do 18.00 do odjazdu pociągu. Opaleni turyści w skąpych strojach byli rzeczywiście przeciwieństwem tajlandczyków, a szczególnie Tajek, które chowały się przed słońcem pod parasolkami. Tutejsi uczniowie, tak jak w Turcji, do szkoły noszą mundurki. Bardzo mi się one podobały - dziewczynki w białych koszulkach z krótkimi lub do łokci rękawami, w granatowych spódniczkach z paskiem, w białych skarpeteczkach i ślicznych czarnych bucikach.
No i znowu plaga komarów - trąbią, wołają lub zatrzymują. Koszmar komarzysty. W Stambule jeszcze wtapiałam się w tło, ale tutaj nie ma szans, jestem bardzo inna, gdyż z blond włosami i białym ciałem zupełnie nie wyglądam jak Tajka. Przypominają mi się opowiadania Rebeki, amerykanskiej znajomej wychowywanej w Koreii. Mówiła, że razem z bratem czuła się inna, a ludzie bardzo się na nich gapili. Niektórzy nawet zatrzymywali się, aby pokazac dzieciom jak wygląda biały człowiek. Z przyzwyczajenia staram się unikać kontaktu wzrokowego i iść przed siebie, aby ukryć zagubienie. Było to bardzo trudne, bo w tym nowym miejscu nie miałam pojęcia gdzie iść. Próbowałam zapytać się kilku przechodniów o coś, ale ich znajomość angielskiego nie pozwalała na żadną komunikację. Nawet jeżeli ktoś mnie zrozumiał i zaczął odpowiadać, to ich wymowa uniemożliwiała jakiekolwiek zrozumienie. Więc bez różnicy było czy mówili po tajsku czy po angielsku, jedno i drugie tak samo brzmiało. W skrócie wyglądało to tak: pytanie, odpowiedź a następnie podziękowania z mojej strony, za chęć pomocy, mimo że nie rozumiałam co powiedzieli. Wszelkie prośby o powtórzenie raczej nic nie dały, bo słyszało się nadal niezrozumiałe dzwięki tajskie lub chińskie.

Kolejna rzecz ogólnie spotykana (przynajmniej w moim przypadku) to ankieterzy turystów. Wydaje się, że tutejsi nauczyciele angielskiego za pracę domową uwielbiają zlecać ankietę z obcokrajowcami. Ponieważ nie było chyba innej osoby z wolna się poruszającej, bo jeszcze osłabionej po podróży, i wyglądającej na turystkę, grupki dziewcząt ciągnęły do mnie. Każde moje słowo nagrywały na dyktafon. Pytały dumnie jak mi się podoba Tajlandia i co myślę o ich przepięknej religii. Kiedy dowiedziały się, że jestem nauczycielką bardzo ich to ucieszyło i wszystkie jak jeden mąż się ukłoniły składając ręcę w tradycyjny sposób, aby okazać szacunek.
Następnym szokiem było dla mnie zobaczenie tych wielkich złotych posągów Buddy. Wydało mi się to ogromnie smutne, że ludzie przed nimi klękali i modlili się do nich. Nie mogłam zrozumieć jak można modlić się do czegoś zrobionego rękoma ludzkimi, co nie może w żaden sposób odpowiedzieć. Ten obraz braku nadzieji, a jednocześnie dumy sprawił, że uroniłam kilka łez.
Trzeba przyznać, że świątynie są wielkie, urządzone z przepychem, ale mi wystarczyło, że zobaczyłam jedną z nich. Następnie nie miałam już ochoty oglądać innych złotych posążków... Postanowiłam zobaczyć coś innego, może bardziej związanego z kulturą.
Odczuwałam wielką ciemność, myślałam o ogromie przesądów w postaci domków rzekomo odstraszających złe duchy. Kolejne odczucia to bezsilność, a wręcz nienawiść do tego miejsca. Nie wiem czy to był skutek zmęczenia, czy po prostu duchowa atmosfera Bangkoku.

Kurs łódką na drugą stronę kanału był przyjemny. Nie dałam się naciągnąć na indywidualny rejs po wszystkich kanałach z naganiającym panem. Tajlandczycy ogólnie wydają się nieśmiali i trudno z nimi nawiązać kontakt, oczywiście za wyjątkiem komarów. I tak oto udało mi się znaleźć zajęcie bardzo przyjemne - wydawanie pieniędzy i próbowanie nowych rzeczy. Warto wspomnieć, że pogoda też była super.
Aby kupić coś nowego do zjedzenia wykorzystywałam następującą metodę. Obserwowałam ludzi, co kupują, podchodziłam, patrzyłam, jak sprzedawczyni to pakowała, ile kosztował no i najważniejsze jak sie je, piję itd. Większość z tych rzeczy widziałam po raz pierwszy w życiu i nie miałam pojęcia co to. Ale za to jaka zabawa... Jak już kogoś podpatrzyłam, to tylko szybko sprzedawcom musiałam pokazać palcem, że chcę to samo. Na pierwszy rzut kupiłam wodę kokosową tzn coś wielkości obranego ze skóry małego arbuza w jednej częśći z wyciętą na górze pokrywką oraz słomką w środku. Smak bardzo sympatyczny no i świetny na upalne dni.
Kilka osób, które poznałam dziwiło się, że jestem tu sama i myśleli, że jestem bardzo odważna, że tak daleko sama wyruszyłam. Szczerze mówiąc, ja też zaczęłam się dziwić, co mnie tu przyciągnęło. Nawet myślałam o kompletnej zmianie planów zwiedzania, tzn odpuszczenie sobie różnych miejsc i tylko spędzanie czasu w hotelu i na plaży z dobrym jedzeniem. Nawet przez myśl przeszedł mi Serdar, jako jedyny znajomy w Bagkoku. Ale z nim na plaży.... raczej nie, dziękuję.

I w taki oto sposób w półtorej godziny zobaczyłam, co jest do zobaczenia w Bangkoku. Wielka porażka. Wracając do hostelu z odciskiem na stopie (bo na codzień zamiast klapeczek noszę kozaki) myślałam, że jedynym dla mnie ratunkiem to przefarbowanie włosów na czarno i opalenizna. Nie wiedziałam jednak co zrobić z oczami, aby wyglądać bardziej tajsko...

Może to uwolniło by mnie od nagabywaczy tj komarów. Łapiąc się na tych myślach, stwierdziłam, że lepiej pójść i odpocząć, bo już zaczynałam majaczyć. Godzina była dopiero 18.00, jeszcze tylko mały skok na internet, aby zawiadomić świat, że żyję i o 19.00 do łóżeczka. Plan: przespać całą noc, najlepiej aż do 11.00, bo przecież tu nie ma co robić.
hahaa ;) tak samo zachowywał się robinson cruzoe na wyspie. Podglądał co jedzą ptaki :D xD Masz więcej zdjęć tych różnych potraw? ;)
OdpowiedzUsuńa w ogóle, przerażające te "komary" xD mogłaś się poczuć jak napastowana gwiazda ;)
OdpowiedzUsuń